Nasz syn nie był przestępcą. Izabela i Eugeniusz Godlewscy – rodzice

Ich syn – Zbyszek Godlewski – stał się symbolem grudniowej tragedii. Bohaterem „Ballady o Janku Wiśniewskim”. Zginął 17 grudnia 1970 r. zastrzelony na kładce na przystanku kolejki Gdynia Stocznia. Jego ciało ponieśli ulicami Gdyni bezbronni ludzie. Krzyczeli: „mordercy!”. Płakali.

Nie wiedzieli, że przez cały czas obserwowani byli przez esbeków, którzy porozumiewali się za pomocą krótkofalówek. Ich rozmowy nagrał przypadkowy radioamator.

– Z dworca tłum z transparentami w stronę dziesiątego płynie.

 – W którą stronę płyną, w którą stronę, Legia, słyszysz?

 –  Od głównego dworca do 10 Lutego płyną.

 –  Z flagami czy transparentami?

 –  Z flagami, z flagami. Kilka flag

i transparent.

 – Słuchaj, czy mógłbyś odczytać?

 – Tam nic nie pisze. Tylko czarną wstążką przewiązane niektóre.

 

 Ładnie się pożegnał

Zbyszek Godlewski pochodził z Elbląga. Tam ukończył też szkołę zawodową. Chciał poznać świat i krótko po uzyskaniu pełnoletności wyjechał do Gdyni szukać pracy. Znalazł ją w Zarządzie Portu. Zdążył jednak popracować zaledwie kilka miesięcy.

Matka Zbyszka – Izabela Godlewska – wspomina, że 18 grudnia dostała telegram. Do poczty nie mogła jednak dojść, Elbląg obstawiony był czołgami. Pomyślała, że dowie się wszystkiego przez telefon.

– Pani na poczcie powiedziała mi, żebym dobrze słuchała, bo telegram jest poważny – opowiada Izabela Godlewska.

Nie chciała wierzyć w to, co usłyszała. Treść telegramu brzmiała: „Zbyszek nie żyje. Pogrzeb Gdynia”. Wysłał go kolega syna, który mieszkał na tej samej stancji w Gdyni – Kazimierz Podowski. Mama Zbyszka nie mogła się uspokoić, znaleźć dla siebie miejsca. Snuła się po domu, chodząc od jednego kąta do drugiego, mając nadzieję, że się jednak przesłyszała. Tata – Eugeniusz Godlewski – powtarzał: – Oby to nie była prawda!

Ale to była prawda. Zbyszek nie żył. Kilka dni później rodzice Zbyszka rozmawiali z jego kolegą – Kazimierzem. Dowiedzieli się, że syn napisał do nich list, którego nie zdążył jeszcze wysłać. Matka wzięła go do ręki i przeczytała: „Kochani Rodzice! Nie martwcie się o mnie…”.

– Tak ładnie się z nami pożegnał – wspomina Izabela Godlewska. – List później spaliliśmy.

 

– Kasztan, tu Gujana. Przy prezydium słychać pojedyncze strzały z broni.

 – Śliwa dla Bawarii.

 – A ten tłum niesie zabitego, niesie zabitego i krzyczy: mordercy. Krzyczy: mordercy.

  – Na jakiej są oni wysokości?

 – Gujana się zgłasza.

 – Ta grupa… Niosą zabitego, niosą zabitego i krzyczą: mordercy.

 – Tu Gujana. Ta grupa, co z dworca, co z dworca, co z flagami szła. Niosą zabitego i krzyczą: mordercy.

 – Słuchaj, kto to podawał, że niosą zabitego? (…)

 – Oni są już na Świętojańskiej. Na czele jest taki biało-czerwony, biało-czerwony, skrwawiony sztandar.

 – Na czele jest sztandar skrwawiony, biało-czerwony. Nosze i trup. Nosze i trup za sztandarem.

 

 Nie tylko rykoszety

Zbyszek zginął od kul, które przestrzeliły mu głowę i klatkę piersiową. Miał rozerwaną lewą skroń z wyrwaniem małżowiny usznej i widocznym uszkodzeniem mózgu. Kule, które trafiły w pierś, spowodowały stłuczenie płuc, rozdarły nerkę.

– Powiedziano, że mój syn zginął od rykoszetów – opowiada Eugeniusz Godlewski. – Jestem oficerem Ludowego Wojska Polskiego. Zdecydowałem, że to sprawdzę.

Tata Zbyszka postanowił odebrać rzeczy syna. Początkowo nie chcieli mu ich wydać, upierał się jednak, mówiąc, że mu się one należą. Przynieśli je więc w foliowym worku. Ojciec otworzył go w nocy, kiedy żona już spała. Dokładnie obejrzał przesiąknięte krwią ubranie syna. Potem spalił je w piecu.

– Rykoszety, zgoda – mówi Godlewski. – Ale Zbyszek miał również trzy kule w brzuchu. Był wlot i wylot, a więc nie rykoszet. My się już nie dowiemy, jak brzmiał rozkaz użycia broni, ale są dowody, że strzały były oddawane wprost. Do ludzi.

O śmierci Zbyszka, który stał się symbolem wszystkich poległych w Gdyni w grudniu 1970 r. opowiada „Ballada o Janku Wiśniewskim”:

 

Chłopcy z Grabówka!

Chłopcy z Chyloni!

Dzisiaj milicja użyła broni!

Dzielnieśmy stali, celnie rzucali,

Janek Wiśniewski padł…

 

– Kasztan, Kasztan. Ta grupa z tymi flagami, co nieśli tego zabitego, jest już na Świętojańskiej i idzie dalej. Kasztan zrozumiałeś, zrozumiałeś? Ta grupa, ta grupa z flagami, co nieśli tego zabitego, to jest już na Świętojańskiej i idzie dalej.

 – Ona poszła na kierunek na prezydium. (…)

– Z tym trupem, z tym trupem, to są wiesz, to jest młodzież albo akademicka, albo akademicka, albo szkolna, albo szkolna, bo na czele to są wyrostki.

 – Czyli z tym trupem w każdym bądź razie jest młodzież?

 – Na czele młodzież, na czele młodzież. Albo akademicka, albo szkolna.

(…)

 – Wiele się zatrzymało. Ludzie czapki z głowy i płaczą. Płaczą, płaczą.

Ponieśli go na drzwiach

Zbyszek upadł na kładce, tuż przy schodach i wtedy podnieśli go nieznajomi ludzie. Ponieśli go w pochodzie. Widział to jego kolega Kazimierz Podowski. Kiedy demonstranci dotarli do holu dworca kolejowego w Gdyni Głównej, jakaś kobieta przykryła jego ciało biało-czerwoną flagą. Ludzie ułożyli na niej chłopca. Flaga szybko nasiąknęła krwią. Pochód szedł ulicą 10 Lutego, potem Świętojańską. Gdzieś po drodze ludzie wyrwali, prawdopodobnie z jakiegoś baraku, drzwi. Położyli na nich Zbyszka. Zakrwawioną flagę dalej nieśli w pochodzie. Zatrzymali się przy kościele Najświętszej Marii Panny. Tam dostali od księdza drewniany krzyż, który przymocowali do drzwi. Ciało Zbyszka przykryli kwiatami.

O tym też opowiada „Ballada o Janku Wiśniewskim”:

Na drzwiach ponieśli go

Świętojańską,

Naprzeciw glinom,

naprzeciw  tankom,

Chłopcy stoczniowcy,

pomścijcie druha,

Janek Wiśniewski padł…

 

U wylotu Świętojańskiej demonstranci zostali zaatakowani przez zomowców. Porzucili wtedy nieżyjącego chłopca. Po południu ciało Zbyszka Godlewskiego przewiezione zostało do Zakładu Anatomii Patologicznej Szpitala Morskiego w Gdyni Redłowie. Wraz z nim przywieziony został także krzyż okryty szarfą z czarnej krepy oraz biało-czerwona flaga.

– Słuchaj, Ataman podawał, że tego co niosą, to niosą od Gdyni Stoczni. Od tego bombardowania, co helikoptery rzucały. I Kasztan, Kasztan pyta się, żebyście podali w sprawie tej grupy, jakie środki, jakie środki stosują przeciw nasi?

– Więc powiedz Kasztanowi, proszę ciebie, że nie stosuje się żadnych środków i jest niebezpieczeństwo, bo ponieważ ludzie się zatrzymują, zdejmują czapki, płaczą i może urosnąć duża grupa.

 – Dobra zrozumiałem. Śliwa, Śliwa na jakiej wysokości są teraz?

 – Są w tej chwili naprzeciw PKO na Świętojańskiej.

 – Dobra, Kasztan, Kasztan, zgłoś się.

– Ta grupa, co niesie tego trupa, jest na Świętojańskiej na wysokości PKO i na razie nie stosuje się żadnych środków i jest niebezpieczeństwo, że może urosnąć ta grupa. Bo wszyscy dołączają, dołączają, czapki zdejmują i płaczą. I dołączają do tej grupy. Ta grupa rośnie. (…)

– Oni poszli pod prezydium tak?

 – Duża grupa, 500 osób. Wyrostki same. Chodzi o trupa. Chodzi o to, żeby go odebrać, bo złe wrażenie robi, wrażenie robi. Konkretnie zamelduj im, żeby zabrali go. Gujana słyszałeś?

 

 Pogrzeb w nocy

Rodzice Zbyszka dowiedzieli się o jego śmierci w piątek. W sobotę pojechali do Gdyni. Tam rozmawiali z prokuratorem.

– Chciałem odebrać syna – mówi Eugeniusz Godlewski. – Powiedzieli mi, że mamy przyjechać w poniedziałek. Wróciliśmy więc do domu.

Następnego dnia, w niedzielę koło godziny dziewiątej wieczorem, zapukali do ich drzwi obcy mężczyźni. Powiedzieli, że są z Urzędu Miasta. Kazali spakować rzeczy dla syna, bo jeszcze tego samego dnia, a właściwie w nocy, miał odbyć się jego pogrzeb.

– Powiedzieli nam, że na pogrzebie może być najwyżej pięć osób – wspomina mama Zbyszka. – Pojechał więc z nami nasz drugi syn Wiesiu i kolega z żoną.

Była godzina milicyjna, po drodze zatrzymał ich patrol. Kiedy funkcjonariusz MO usłyszał nazwisko Godlewski, puścił ich dalej.

Samochód powiózł ich na cmentarz w Oliwie. Zajechali pod kaplicę od tyłu. Ich syn był już w środku. Od księdza dowiedzieli się, żeby nie ruszać głowy syna, bo była zmasakrowana. Miał ją zabandażowaną.

– Nasz syn by chowany jako czwarty – opowiada ojciec. – Porozrzucali ich po całym cmentarzu, żeby nie leżeli koło siebie.

Nawet tam, na cmentarzu, mieli nieprzyjemne zajście z porucznikiem milicji. Był wobec nich arogancki, legitymował ich, drwiąco pytając, czego tu szukają.

Potem wszyscy wrócili do Elbląga. Do rana pod ich domem stał milicyjny samochód.

Trzy miesiące później rodzice dowiedzieli się od grabarza w Oliwie, że mogą starać się o ekshumację zwłok. Przewieziono więc trumnę ze Zbyszkiem do Elbląga. Leży pochowany na cmentarzu przy ul. Agrikoli.

 

– Tu Ataman. Słuchaj, na wysokości prezydium włączyły się dwa helikoptery. Bombardują, proszę ciebie, tymi gazami i prawdopodobnie na ich wysokości są.

 – Dobrze, zrozumiałem.

 – Wojsko też atakuje, wojsko też atakuje w kierunku Wzgórza, tak?

 – Tak.

 – Strzelają z broni?

 – Tak, petardy.

 – Dobra.

 – Słuchaj ten, którego nieśli, trup, leży na chodniku, tam koło prezydium i tam tylko nasi są. (…)

 – Słuchaj, tu mi podali, że tego trupa co nieśli, to zostawili przy prezydium. Przekaż tam, że mają tego trupa sprzątnąć.

 

 Ballada o Janku Wiśniewskim

– Kiedy przyjechali po nas na pogrzeb Zbyszka, trzeba było szybko spakować rzeczy – opowiada Izabela Godlewska. – Byłam zdenerwowana, spieszyłam się i zapomniałam o butach.

Dlatego Zbyszek pochowany był  w zwykłych zuchach, które nosił na co dzień. Te buty były dowodem na to, że na zdjęciu zrobionym przez Edwarda Peplińskiego jest Zbyszek. Fotografię niesionego na drzwiach młodego mężczyzny znają chyba wszyscy. Rodzice zobaczyli ją po raz pierwszy w 1980 r. Matka od razu rozpoznała syna. Nie wszyscy byli jednak przekonani, że to był Zbyszek Godlewski.

– Proszę spojrzeć na buty – mówi matka. – To zuchy. Ale mnie nie jest potrzebny taki dowód. Ja rozpoznaję Zbyszka na fotografii po rysach jego twarzy, choć są nieostre, po jego sylwetce.

 

– Legia, słuchaj, zwróć tam uwagę, bo tam podobno są sygnały, że ten trup leży przy prezydium sam.

 – Dobrze, podam ci zaraz.

 – Słuchaj, tu przy prezydium słychać strzały z broni krótkiej.

 – Przy prezydium słychać strzały z broni krótkiej.

 – Słuchaj, sztab o tym wie, sztab o tym wie.

 – Przy prezydium nie ma prawie nikogo. A słuchaj z tym trupem, co się stało? (…)

 

Trzeba szukać winnych

– Słyszałem, jak Kociołek mówił w radiu i telewizji o chuliganach, warchołach  i przestępcach – opowiada Eugeniusz Godlewski. – Mój syn nie był przestępcą.

Rodzice Zbyszka mówią, że proces winnych tragedii Grudnia jest farsą. Opowiadają, że na sali rozpraw czuli się tak, jakby to oni byli oskarżani. Nie chcą, nie mogą zapomnieć o tamtej zbrodni i nie chcą przebaczyć winnym.

– Na rozprawie zadawano mi mnóstwo niepotrzebnych pytań – wspomina Eugeniusz Godlewski. – Na przykład powątpiewano w to, że mogliśmy poznać treść telegramu.

W Elblągu była zadyma, więc ich zdaniem, nie mogła być czynna poczta. To my musieliśmy się ze wszystkiego tłumaczyć, nie oskarżeni.

Tata Zbyszka chciałby zobaczyć na ławie oskarżonych przede wszystkim tych, którzy wydawali rozkazy. Mówi, że był żołnierzem i wie, iż zwykli dowódcy dywizji czy pułku mieli małe kompetencje. Ktoś wydał rozkaz użycia broni, a przyjąć taki można było tylko od wojskowego.

– Jestem żołnierzem. Wiem, co to znaczy nie wykonać rozkazu. Ale, gdzie są ci, którzy zgodzili się na wprowadzenie wojska na ulice? Gdzie są ci, którzy dawali rozkaz wydania ostrej amunicji? – pyta ojciec Zbyszka. – To ich trzeba szukać. Ale oni dzisiaj mówią, że strzelali na postrach. A przecież w takich wypadkach używa się ślepych naboi.

Eugeniusz Godlewski mówi, że jemu, żołnierzowi, wiele spraw wydaje się niejasnych. Pyta o listy, które podpisywać musieli wydający rozkazy. Pyta , dlaczego żołnierze nie potrafili rozliczyć się z amunicji.

– Byłem oficerem, otrzymałem wiele odznaczeń, między innymi Złoty Krzyż Zasługi – opowiada ojciec Zbyszka – i nigdy nie splamiłem się czynem niegodnym. Nie wstydzę się swojej przeszłości. Należałem do partii, bo tak trzeba było, ale byłem człowiekiem.

Rodzice Zbyszka pytają, dlaczego mają przebaczyć, dlaczego mają się pogodzić z winnymi tamtej tragedii. – Może jeszcze Jaruzelskiemu powinienem rękę podać i powiedzieć: „dziękuję, że mi pan zabił syna” – mówi tata Zbyszka. – Nie ma żadnego przebaczenia. To było ludobójstwo na własnym narodzie.

 

– Gujana zgłasza się. (…)

 – A z tym trupem nie wiesz, jak jest?

 – No tam nie można, nie można się dostać. Nasi obstawili.

 – Dobrze, zrozumiałem. Już wiem, dowiedziałem się, że nasi już wzięli.

 

Stoczniowcy Gdyni,

stoczniowcy Gdańska,

Idźcie do domu, skończona walka,

Świat się dowiedział

– nic nie powiedział,

Janek Wiśniewski padł…

 Olga Zielińska


Materiał publikowaliśmy w „Magazynie Solidarność nr 5 z 2004 roku.
Download PDF
Powrót Drukuj stronę