Nagła upadłość Hydrobudowy Gdańsk

Informacja o złożeniu do sądu wniosku o postawienie w stan upadłości Hydrobudowy Gdańsk SA zaskoczyła środowisko gospodarcze na Wybrzeżu, przede wszystkim jednak samych pracowników, którzy do ostatniej chwili zapewniani byli przez zarząd o stabilnej sytuacji przedsiębiorstwa. Czy do upadku doprowadził splot niekorzystnych okoliczności i błędy w zarządzaniu, czy ktoś świadomie dąży do wyeliminowania z rynku wysokospecjalistycznego przedsiębiorstwa z polskim kapitałem.

Na zdjęciu: Jarosław Drutel i Kazimierz Laszczak.

hydrobudowa1

Od Helu po Libię

Gdańskie przedsiębiorstwo przez lata było liderem na rynku sektora budownictwa hydrotechnicznego morskiego. Nie ma na polskim wybrzeżu obiektu morskiego, który nie zostałby wyremontowany, zmodernizowany czy też wybudowany od podstaw przez Hydrobudowę. Po wojnie firma z Gdańska odbudowywała porty morskie i rybackie, stocznie, falochrony w Gdańsku, Gdyni, Świnoujściu, Szczecinie, Władysławowie, Kołobrzegu i Helu. Oprócz głównego kierunku działalności, to jest budownictwa morskiego i fundamentowania, firma w kolejnych latach zajmowała się budową obiektów związanych z ochroną środowiska naturalnego, budowli inżynieryjno-przemysłowych oraz inżynierią gruntu. Obok prac prowadzonych w kraju budowała obiekty w Czechach, w byłym ZSRR, na Cyprze, a od 1994 roku w Libii. W 1991 roku firma została sprywatyzowana, wówczas to powstała spółka akcyjna Hydrobudowa SA, a od 2009 roku spółka nosi nazwę Hydrobudowa Gdańsk SA. Pierwszym prywatnym jej właścicielem była szwedzka firma, która po paru latach odsprzedała udziały grupie polskich inwestorów.

Pechowe bulwary i nieudolny zarząd

Zdaniem związkowców z NSZZ „Solidarność”, problemy w firmie zaczęły się dwa lata temu wraz ze zmianą członków zarządu. Dotychczasowy prezes Wojciech Czajko dostał zadanie zbudowania spółki, która miała realizować kontrakty zagraniczne. Niestety, z tych planów nic nie wyszło. W tym czasie nowy zarząd popełnił wiele błędów, które w konsekwencji doprowadziły do upadku firmy. – Błędna analiza ekonomiczna zawieranych kontraktów, nietrafione zakupy sprzętu, a wreszcie zerwanie przez bank umowy kredytowej spowodowały problemy finansowe. My, jako przedstawiciele pracowników, wskazywaliśmy Radzie Nadzorczej, a więc właścicielom, wszystkie zagrożenia. Niestety, dopiero gdy sytuacja stała się tragiczna, przyznano nam rację – mówi Kazimierz Laszczak przewodniczący Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność” w Hydrobudowie Gdańsk SA, z firmą związany od 41 lat. – Na wszelkie nasze uwagi otrzymywaliśmy zapewnienia, pokazywano nam nawet dokumenty, że wszystko jest pod kontrolą. Co gorsza, podobno również właściciele firmy też nie byli informowani do końca o problemach  – dodaje Jarosław Drutel, wiceprzewodniczący zakładowej „Solidarności”. O tym, że spółka jest w tragicznej sytuacji pracownicy dowiedzieli się dopiero w styczniu tego roku, gdy został złożony do sądu wniosek o upadłość likwidacyjną firmy, a na ich konta wpłynęła tylko część wypłaty.

Kontraktem, który od samego początku postrzegany był jako nieopłacalny, była umowa na budowę bulwarów wiślanych w Warszawie. Powodem zawarcia kontraktu w takim kształcie była między innymi obowiązująca wówczas ustawa o zamówieniach publicznych, która jako główne kryterium przy wyborze wykonawcy określała najniższą cenę. Co prawda Hydrobudowa Gdańsk SA wykonała prawie 90 procent pierwszego etapu budowy bulwarów, ale opóźnienia w realizacji kontraktu stały się jedną z przyczyn jego zerwania przez warszawskich urzędników i niezapłacenia za dotychczasową pracę. Menedżerowie odpowiedzialni za zawarcie tego kontraktu już nie pracują w Hydrobudowie, jednak jego negatywne skutki ponosi firma i pracownicy.

Ostatecznie przedsiębiorstwo płynność kredytową straciło, gdy bank PKO BP wypowiedział przed terminem umowę kredytową i zażądał natychmiastowej spłaty długu. – Wygląda to tak, jakby komuś zależało na wyeliminowaniu Hydrobudowy za wszelką cenę i przejęciu rynku – mówią związkowcy. Sytuację wykorzystują kolejni kontrahenci, którzy wypowiadają umowy zrealizowane w 80 czy 90 procentach, zalegając z wypłatą należności za wykonaną pracę. Wszystko to pogłębia problemy finansowe firmy. – Mamy informacje od właścicieli, że gdyby wszyscy nasi dłużnicy uregulowali należności wobec Hydrobudowy, to bylibyśmy w stanie i zapłacić pracownikom, i naszym wierzycielom – mówi Kazimierz Laszczak. Z zapłatą zalega między innymi należąca do miasta Gdańska Infrastruktura Wodociągowo-Kanalizacyjna spółka z o.o. za wykonanie prac na ulicy Wałowej.

Razem ratują firmę

Po odwołaniu prezesa Marka Bartłomiejczaka w grudniu 2014 roku, na czele spółki, z zadaniem jej ratowania, stanął znowu prezes Wojciech Czajko, jednak jedyne, co mógł obecnie zrobić, to wystąpić o upadłość firmy. Rozpoczęły się rozmowy dotyczące zwolnień grupowych. Obecnie w firmie zatrudnionych jest około 280 pracowników. – Chcielibyśmy, aby zwolnienia grupowe były jak najmniejsze. Bo głównym atutem naszej firmy są pracownicy, doskonali fachowcy. Gdy odejdą, to trudno będzie odbudować załogę, gdyby jednak udało się uratować w jakiejś części firmę – mówi Jarosław Drutel. – Nie chcemy jednak ludziom robić płonnych nadziei, bo sytuacja zmienia się z dnia na dzień, a każdy musi jakoś żyć, płacić kredyty i rachunki – dodaje. Zakładowa „Solidarność” wspiera wszystkie działania właścicieli zmierzające do ratowania przedsiębiorstwa. – Uczestniczymy w rozmowach, które prowadzi obecny zarząd, jako tak zwany czynnik społeczny, z dłużnikami, ale także z władzami samorządowymi, na rzecz których wykonywane były kontrakty. Chcemy uświadomić decydentom, że nasza firma to przede wszystkim miejsca pracy, które trzeba ratować.

Małgorzata Kuźma

 Kazimierz Laszczak:
– Błędna analiza ekonomiczna zawieranych kontraktów, nietrafione zakupy sprzętu, a wreszcie zerwanie przez bank umowy kredytowej spowodowały problemy finansowe. My, jako przedstawiciele pracowników, wskazywaliśmy Radzie Nadzorczej, a więc właścicielom, wszystkie zagrożenia. Niestety, dopiero gdy sytuacja stała się tragiczna, przyznano nam rację.

Download PDF
Powrót Drukuj stronę