Wildstein: Media są elementem establishmentu

Z Bronisławem Wildsteinem  publicystą, dziennikarzem,  jednym z założycieli Studenckiego Komitetu Solidarności w 1977, przyjacielem zamordowanego Stanisława Pyjasa, działaczem NZS w Krakowie, gościem 30.rocznicy Solidarności Walczącej rozmawia Artur S. Górski

– Rola mediów głównego nurtu stoi w sprzeczności z zasadą dziennikarstwa, czyli patrzeniem władzy na ręce. W epoce demokracji medialnej mamy do czynienia z mediami antyopozycyjnymi. Czy jest szansa na stworzenie obiegu niezależnego? Co może być przeciwwagą dla medialnego głównego nurtu, dyktującego narrację, narzucającego interpretację?

– Sytuacja jest groteskowa. Media zajmują się głównie walką z opozycją, tropiąc jej potknięcia. Stały się tym samym elementem establishmentu. Zmienić ten stan będzie bardzo trudno.

– Twórcy kabaretowi, z nielicznymi wyjątkami, zamiast tradycyjnie – śmiać się z władzy  śmieją się z ludzi opozycji…

– Krążył taki wymowny żart, w którym Mariusz Walter (wiceprezes grupy ITI – przyp. red.) po wyborach 2007 roku ustala cele: „wzywa Walter swoją ekipę TVN i mówi: no, proszę państwa,. Przez dwa lata atakowaliśmy rząd, to teraz przez następne dwa lata walimy w opozycję. Musi być jakaś równowaga”.  To dowcip, który obrazuje głębszy problem.

 – Ludzie mediów na świecie też nie prezentują świata wartości tradycyjnych…

– Generalnie media na świecie są przechylone na stronę lewicowo – liberalną. Jak patrzymy na wyniki wyborów to jednak ludzie na Zachodzie głosują inaczej niż sugerują im media. Wyniki wyborów w tych krajach nie odzwierciedlają tego parcia mediów na lewo. Wniosek jest taki, że tamte media nie reprezentują poglądów społeczeństw, nie próbują pokazywać rzeczywistości, ale próbują ją kształtować.

– To tak jak w Polsce. Mamy więc „światowe” media?

– W Polsce jest jeszcze gorzej bo media są związane z establishmentem. Bronią go. Są wprost jego elementem. Jednak na świecie istnieją pewne standardy, które na takie lokowanie się mediów nie pozwalają, a których media się trzymają.

– Ostatnio środki przekazu obiegły obrazki, jak czołowi politycy PO na Pomorzu promowali w grudniu 2011 roku na gdańskim lotnisku im. Wałęsy nowo otwarte przedsięwzięcie Marcina P. i jego grupy Amber Gold, czyli linie lotnicze OLT Express. Fotografie były znane, ale dopiero jeden z portali internetowych pokazał kontekst. Inne media go wcześniej nie zauważyły. Czy to brak wyczucia? Czy może przekonanie: „nie ruszamy tematu”?

– Oczywiście to myślenie „Nie ruszamy tego tematu”. Była też taka wymowna historia, która mówi niemal wszystko. Prominentny polityk obozu władzy Stefan Niesiołowski atakuje dziennikarkę Ewę Stankiewicz. Wrzeszczy na nią. Co się dzieje? Dziennikarz telewizji publicznej, który do tego momentu filmował to zdarzenie, wyłącza kamerę…

– Odruchem dziennikarza jest włączenie kamery w takim momencie, gdy coś się dzieje…

– Otóż właśnie nie. On nie jest dziennikarzem. Jest propagandystą. Jest uwarunkowany tym, dla kogo pracuje.

 – Hodowla lemingów w medialnym cieple ma się dobrze?

– Cóż…Nie mówię tego by odbierać nadzieję, ale by pokazać, że sytuacja jest trudna. Trzeba więc budować alternatywne media. Taki „Uważam Rze”, tygodnik – przepraszam, że się pochwalę, stworzony półtora roku temu bez specjalnej reklamy stał się najpoczytniejszym z tygodników w Polsce.

– Zadziałało więc prawo rynku? Świat mediów jest im podległy?

– Właśnie, że nie. Teza o komercyjności mediów nie wytrzymuje z realiami rządzącymi ich światem. Media w Polsce nie działają zgodnie z prawami rynku. Jeżeli by działały zgodnie z tym, co dyktuje popyt, z prawami rynku to niewygodne dla oficjalnej narracji filmy dokumentalne, oglądane przecież w sposób niebywały w Internecie, przysporzyłyby oglądalności. Jednak szefowie telewizji wolą trzymać je w piwnicach i nie pokazywać. Te media stanowią element walki politycznej, walki o wpływy, walki o władzę. Trzeba ten układ przełamywać, choćby stopniowo. Można i trzeba złamać ten monopol.

– Czyżbyśmy jednak zamiast wielości opinii mieli dyktat, wymuszoną polityczną poprawność? A jeśli tak jak go przełamać?

– Internet może odegrać pozytywną rolę lodołamacza. W Polsce media, nazwijmy je pisane, są bardziej spluralizowane, ale już media elektroniczne są w rękach jednej opcji. Jeśli ktoś się wyłamuje, tworzy alternatywę naraża się na eliminację. Media koncernu ojca Rydzyka nie dostały miejsca na multipleksie cyfrowym. Nie chodziło przy tym o normy prawne, które zostały zlekceważone. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji nie przyznając miejsca Telewizji Trwam działała wbrew prawu. I co z tego…

– Wywołując masowe społeczne protesty, marsze, petycje…

– Zapewne będzie taki moment, że wreszcie władze ustąpią. Mówię władze, bo KRRiTV jest znowu w rękach władzy. Natomiast z czasem będzie tak, że coraz łatwiej będzie otwierać niezależne telewizje. Nie będą to jakieś wielkie telewizje, ale będą. Stając się alternatywą.

 – Już są. Uruchomiliśmy na przykład latem Telewizję Solidarność Gdańsk w Internecie…  

– To był dobry ruch. Telewizja internetowa, tworzona z definicji taniej, a nosząca treści, których w wielkich publikatorach nie ma lub występują rzadko, stanie się alternatywą dla dominujących mediów. To jednak bieg na długą metę.

– Przed nami długi marsz. Na szczęście są ludzie, którzy chcą i potrafią w nim uczestniczyć. Szkoda jednak, że zanikają tradycyjne media lokalne, strażnicy powiatowych demokracji…

– Niestety jest to zjawisko występujące w całym kraju. Był bardzo dobry „Dziennik Polski” w Krakowie. Tytuł został kupiony przez niemiecki koncern. Zaczęło się niszczenie marki jaką był „Dziennik Polski” dokonując fuzji. Decydują o polskiej prasie koncerny zachodnie w ogromnej mierze. Ich logika to dobrze żyć z lokalnym biznesem, z polityką, z lokalnym establishmentem.

 – Chodzi przecież o reklamy, nie o opiniotwórczość…

– Nie, nie chodzi tylko o nie. Chodzi przede wszystkim o to, by nie mieć zatargów. Przepraszał przecież ówczesny prezes “Passauera” (Verlagsgruppe Passau, zwana “Passauerem” – przyp. red.),, niemieckiego koncernu Franz Xaver Hirtreiter prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego po tym, jak w 1997 r. passauerowski “Dziennik Bałtycki” opublikował wraz z “Życiem” głośny tekst “Wakacje z agentem”. Z takimi historiami musimy się borykać.

– A kto nie pasuje, jest niezależny, tego za burtę, jak Wildsteina z TVP, niezależnie od rządzącej opcji?

– Kiedy mnie wywalano z telewizji nie przejmowano się oglądalnością.

– Dzisiaj jest jeszcze mizerniej. Czy czasem nie przypomina to nieco schyłkowej PRL?

– Podobieństwa nie należy przeceniać. Zmieniły się warunki. Nie żyjemy w komunizmie, nie wsadza się ludzi do więzień za poglądy. Owszem są szykany, ale jednak to nie PRL. Pokazuje, że są inne wyzwania, może nawet trudniejsze postawy. Postawa części mediów pokazuje jak ich świat jest zakłamany, jak podporządkowany układom, grze o prestiż, o pieniądze.

– OK, nie PRL, ale jest straszak „europejskości”. Mamy być Europejczykami, nowym człowiekiem, bez historii. Ten projekt w wykonaniu naszych luminarzy przypomina określenie Stefana Kisielewskiego o „dyktaturze ciemniaków”, cynicznych, „europejskich” ignorantów…

– Europejskość to taki straszny polor, niby towarzyska ogłada na salonach. Wynikający w dużej mierze z niewiedzy. W Europie nie ma Europejczyków. Żaden Francuz, Niemiec, Hiszpan nie mówi o sobie „Europejczyk”. Chce się nazywać i być Niemcem, Francuzem, Hiszpanem, wie, że te kraje jednak różnią się mocno między sobą. Unia Europejska przechodzi kryzys. Euro jest prawie nie do uratowania. Mamy zaś u nas parweniuszowskie zachłyśnięcie się Europą.

 – Ciążą nam kompleksy władzy nuworyszy, robiących tzw. karierę, którzy dostawszy się  do wyimaginowanego wyższego środowiska, naśladują nachalnie panujące w nim obyczaje w sposób wręcz natrętny…

– Mamy więc dyktat arywistów, którym się coś się wydaje. Udało się im opanować parę frazesów więc posługując się owymi frazesem, banałem, osiągnęli w swoim mniemaniu poczucie uczestnictwa w szczególnej jakiejś wiedzy. Niby znają się na ekonomii, Niebezpieczne, że oni tez narzucają swoją narrację w ekonomii, o której mają mgliste pojęcie.

– Jak choćby parcie na strefę euro?

– Pamiętam płomienne deklaracje premiera Tuska, że trzeba do strefy euro wstąpić, że to będzie jakiś mityczny raj. Każdy kto miał wątpliwości był odsądzany od czci i wiary.

 –  Prestiżowe nawet dyplomy takiego delikwenta dyskwalifikowano…

– I taki kontestator był wulgarnie atakowany przez tych nieuków ekonomicznych pod hasłem, że oponent nie ma pojęcia o ekonomii. Oczywistym dogmatem dla władzy była sprawa, że do strefy euro trzeba wejść, a tymczasem rzeczywistość pokazuje swoją podszewkę. Dominującym jest ten potwornie płaski kontekst w jakim serwuje się nam opis rzeczywistości.

Download PDF
Powrót Drukuj stronę