Marcin Horała: Polska samorządna jak Szwajcaria? Odnowa samorządu możliwa, ale…

Rozmowa z posłem Marcinem Horałą, byłym gdyńskim radnym, koordynatorem i pełnomocnikiem PiS w kampanii wyborczej do samorządów  na Pomorzu 

– Okazuje się, że najbardziej efektywnym i proobywatelskim czasem odrodzonego samorządu była pierwsza kadencja z lat 1990-1994.  Po pierwszych wolnych wyborach z maja 1990 roku nastąpiła kadencja obfitująca w debaty i spory. Później było gorzej, aż doszło do swoistego zglajszachtowania samorządowców. Czy jest szansa na odrodzenie się rzeczywiście samorządnej Rzeczpospolitej?

marcin_horala

– Podzielam ocenę dotyczącą pierwszej kadencji samorządów, ale zaznaczam, że znam ją z relacji i opisów oraz efektów, wówczas jeszcze nie uczestniczyłem w życiu publicznym. Znam – niejako do bólu, kilka ostatnich kadencji samorządu. Poziom sprawności wójtów, burmistrzów i prezydentów jest tak duży, że na rzeczywiste debaty szans nie ma. Przez ten czas nie było tak, że oto rada miasta była forum wymiany myśli, że podejmowanie decyzji odbywało się przez przekonywanie się, uzgodnienie stanowisk, w polemice.  Radni, nie wszyscy, zachowują się jak maszynki do głosowania. Cóż, za nami pierwsza samorządowa miłość (śmiech). Nigdy następna nie jest taka sama. Ale zdecydowanie warto się cofnąć na tej drodze aby rzeczywistej samorządności i demokratyzacji wstrzyknąć nieco w ten organizm.

– Wojciech Fułek na łamach „Gazety Gdańskiej” stwierdził, że drażni go bezrefleksyjne, stadne głosowanie większości, która ma pełną świadomość, że „może wszystko” i nawet nie ukrywa, że większość decyzji zapada  wcześniej poza salą obrad. Czy jednak nie jest tak, że ta choroba zaczęła się na ul. Wiejskiej i zagubiło się przekonanie, że „ja radny” reprezentuję swoja lokalną społeczność, nie partię? Raz mocniej, raz słabiej, wraca hasło odpolitycznienia samorządów. Pan jest członkiem partii politycznej. Czy PiS jest w stanie poradzić sobie z wyzwaniem, jakim byłoby owe odpolitycznienie, a może chcecie samorządy zawojować?

– Ani zawojować, ani odwojować. Nie podzielam entuzjazmu dla hasła odpolityczniania  samorządu. W życie publiczne wpisana jest polityka. Również ta w wymiarze lokalnym. Samorząd jest władzą polityczną. Tak po prostu jest w oparciu o zastane i zdiagnozowane mechanizmy. Mówimy więc o dość naiwnym przekonaniu, że jak ktoś nie jest w partii, ten z automatu jest niezależny. Przeradza się to przekonanie w przeinaczenia i wypaczenia. Powstają bowiem lokalne partie, nazywające się „nie partiami”. One są zhierachizowane, mają swe struktury, szefów i wykonawców.

– Jak partie wodzowskie?

– Hmm… Ale przecież prezesa Jarosława Kaczyńskiego nie obchodzi i nie może sprawdzić, jak głosuje ten, czy ów radny PiS,  w tym czy innym mieście. On nie jest w stanie kontrolować tysięcy radnych. Myślę, że też i nie chce. Natomiast w owej partii lokalnej jej przewodniczący, lider, prezes, już jak najbardziej. Szef jest na miejscu, obserwuje, przekazuje jak głosować. I widzi, jak jego wola jest wypełniana. Doskonale widzi, nagradza lub karci.

– Tak czy inaczej władza wykonawcza rządzi…

– Jest supremacja władzy wykonawczej. Bezpośrednie wybory wójtów, burmistrzów, prezydentów być może nie są najgorszym z pomysłów, ale został on wtłoczony w system wybierania przez rady miast i gmin. I go wyparł, w sensie znaczenia samych rad. Uprzednio  swoje plany wyborcy mogli, poprzez swych przedstawicieli w większym stopniu przeforsować. Kilku radnych, których np. prezydent ignorował, mogło się w końcu zmówić i zjednać większość. Teraz burmistrz, prezydent, jest praktycznie nieusuwalny. Nawet ewentualny bunt radnych jest skazany jest na porażkę. Ci, którzy rządzą są w stanie tak kadencję przepracować, aby nawet radnych spoza swego obozu zdyscyplinować, czy uzależnić.

– Albo zignorować? 

– Koniec z końców tak. A radny, który zacznie za bardzo forsować interesy mieszkańców w sytuacji konfliktu, czy własne ambicje wbrew włodarzowi, wie, że go ten już nie wpisze na listę wyborczą w następnych wyborach. I gdzie on pójdzie? Do opozycji, która jest śladowa?

–  Mamy więc dworski obraz, na którym jest włodarz, dzielący, rządzący, hodujący klientów, któremu wystarczy by ich obdzielić dobrami, grantami, funkcjami, etatami. Tych posłusznych, którzy głosują zawsze zgodnie z jego oczekiwaniami. A  tych mniej miłych jego sercu skłonny karać brakiem przystępu do fruktów. Jest jakieś antidotum i jakaś szansa na wyzwolenie się posłusznych „żołnierzy”? 

– Pierwsza odpowiedź zawierałaby się w przemyśleniu, zupełnie od podstaw, paradygmatu władz samorządowych. Czy na przykład warto na poziomie samorządu imitować podział władzy na  uchwałodawczą i wykonawczą. Na poziomie gminy jest on fikcją. Głównym uchwałodawcą i tak jest wójt, burmistrz, prezydent. Sytuacja, że radni uchwałę przygotowują i ją skutecznie przegłosowują jest może jedna w roku. Zamiast tego są druki, które przychodzą z urzędu do „przyklepania”.

– Może więc demokracja bezpośrednia, jak w Konfederacji Helweckiej…

– Teoretycznie załóżmy model ze Szwajcarii. Tam w większych gminach radni są zawodowi, etatowi. Obradują permanentnie. Spośród siebie wybierają przewodniczącego. Zatrudniają menadżera, pełniącego funkcje techniczne. Zatem mamy menadżera w samorządzie terytorialnym, a decyzje na bieżąco podejmuje kolegialnie rada.

– Ale tam jest władza ustawodawcza w kantonach, a gminy nie mają jednego schematu organizacji. Ten zależy od kantonu. W małych gminach stosuje się nawet demokrację wiecową, w której ogólne zgromadzenie ma decydujący głos i są kontrolne komisje obywatelskie…

– W większych miastach jest wybierany przewodniczący, a i tak rada jest organem wykonawczym …

– Przewodniczącego, bez możliwości reelekcji…  

– Mówiłem o teorii bo u nas trudno sobie wyobrazić wprowadzenie systemu samorządu opartego na bezpośrednim uczestnictwie i na zgromadzeniu obywateli gminy. Oznaczałoby to zupełne przebudowanie schematów, a nie ma poparcia, woli społecznej, ani silnej opcji, która taką rewolucję by przeprowadziła. Jest więc druga opcja, czyli teoria małych kroków, drobnych poprawek, zmniejszających wszechwładzę prezydentów i burmistrzów, bo z wójtami różnie bywa, zależnie od ich politycznej sprawności.

– Zatem dwie kadencje i basta?

– Jest wskazane ograniczenie kadencji do dwóch. Jest to władza silna, pochodząca z wyboru powszechnego i praktycznie nieodwoływalna w trakcie kadencji. To nie jest panaceum, ale jest to krok w dobrym kierunku. Myślę też o zwiększeniu uprawnień rad i samych radnych, w tym uprawnień kontrolnych. Te uprawnienia są teraz iluzją. Jeśli mówimy o poszczególnych radnych, jeśli prezydent dysponuje większością, to uprawnienia kontrolne są fikcyjne. Radni powinni mieć uprawnienia kontrole, tak jak posłowie. Wynikają one z Ustawy o mandacie posła i senatora. Poseł lub senator ma prawo do uzyskiwania informacji i materiałów, do wstępu do pomieszczeń, w których znajdują się te informacje i materiały, do wglądu w działalność organów administracji, spółek Skarbu Państwa. Przy zachowaniem przepisów o tajemnicy i o dobrach osobistych nie widzę przyczyn, dla których radni nie mieliby mieć takich uprawnień.

– A demokracja bezpośrednia?

– Reprezentacja wszystkich obywateli w demokracji partycypacyjnej jest modna, ale mało realna. Ale trzeba kruszyć monolit, rozszczelnić system.

– Realnie?

– Realny powinien być budżet obywatelski, gdyż jest jedyną możliwością, aby zadziało się coś pozytywnego wbrew woli prezydenta. Jeśli on ma większość w radzie miasta nic się stać bez jego woli nie może. Poprzez budżet obywatelski chociażby chodnik, ścieżka, plac zbaw powstanie nie metodą antyszambrowania u prezydenta.

– Budżet obywatelski jest iluzją. To są promile. Właściwie każdy powinien być obywatelski…

– Zastanawiam się nad wprowadzeniem pewnych reguł, które byłyby obligatoryjne. Także nad procentową skalą udziału budżetu obywatelskiego, do jakich kwot on ma się odnosić. Ma on być realny, nie fikcyjny. Otwórzmy tą ścieżkę. Teraz w Gdyni można odrzucać wnioski obywateli, stwierdzając, że nie spełniają kryteriów formalnych i nie ma trybu odwoławczego od takiej decyzji urzędniczej. Urząd może po uważaniu ocenić i nie ma drogi, ani trybu, by się odwołać.

– Ale i PiS przestrzelił, lansując model wielkiej aglomeracji Warszawy. Mieszkańcy podwarszawskiego Legionowa zagłosowali w referendum przeciwko projektowi metropolii warszawskiej autorstwa PiS. Mówiliśmy o demokracji partycypacyjnej. Zrobiliście błąd w stolicy?

– Bardzo niefortunnie komunikacyjnie została ta koncepcja sprzedana. Tym bardziej w obecnej sytuacji wojny między dwoma obozami, siedzącymi w okopach. Jest ostrzeliwanie PiS, że chcemy zniszczyć samorządy…

– Poseł Horała nie chce zniszczyć samorządów?

– Dobre koncepcje cieszą się uznaniem, ale zaczyna się raban, gdy są one wprowadzane przez PiS. Jest potrzeba metropolizacji, pewnego szczebla administracji, usprawnień w decyzjach o  komunikacji publicznej, planie zagospodarowania przestrzennego itd. Niefortunnie rozpoczęliśmy temat, narzucono więc format dyskusji niekorzystny dla nas. Referendum było z dziedziny fenomenologii i psychologii społecznej. My proponowaliśmy i proponujemy związek metropolitalny, a nie przyłączenie do Warszawy. Gminy zachowają swoje uprawnienia

– Przed panem trudne zadanie. Z jednej strony trzeba zawalczyć z okopanymi prezydentami z Trójmiasta, z napompowaną popularnością prezydenta Słupska, a z drugiej naruszyć konstrukcje w gminach ościennych, w których okrzepli włodarze, mający za sobą doświadczenia z lat 80-tych, a i w Sejmiku ciasno…

– Pomorze dla PiS jest najtrudniejszym regionem. Sporo tracimy na braku zainteresowania mieszkańców sprawami publicznymi gmin. Nie mam pretensji do wyborców. Z mieszkańcami trzeba rozmawiać o konkretach. Uzbroić się w argumenty i w konkretne propozycje. Mam doświadczenie z Gdyni. Wiem, że dyskusja w mieście, gdzie obraz prezydenta jest idealizowany i jest on popularny, przekonuje wyborców do innej propozycji w sferze podatków, kierunków rozwoju, promocji, dróg. Inaczej przegramy z utrwalonymi wizerunkami. Jeśli ktoś lansuje się, jest kreowany jako kandydat antypartyjny, sprawdźmy czy na politykę własną, swojej grupy, nie zakłada on płaszcza antypolityki. Wiem, że zabieg semantyczno-wizerunkowy działa.  Idziemy więc do wyborów kok po kroku, przez spotkania w gminach. Co do zasiedziałych urzędników? Okazują się oni zastanawiająco długowieczni. Gdyby to chodziło o owe dwie, niech będzie i trzy kadencje. Ale są miejsca, gdzie układ zarządzający jest praktycznie niezmienny od 27 lat, a nawet i od lat 70-tych. Ograniczenie władzy na dwie kadencje jest niekonstytucyjne? A my nie chcemy, by samorząd przepoczwarzał się w lokalną monarchię.

Rozmawiał Artur S. Górski

Wywiad ukazał się w piątkowej „Gazecie Gdańskiej”

Download PDF
Powrót Drukuj stronę