Koniec strajku w 1988 r. był porażką

W 1988 roku byłam studentką matematyki na Wydziale Matematyki, Fizyki i Chemii UG. Decyzję o przystąpieniu do strajku podjęłam na wiecu, który miał miejsce 3 maja na Wydziale Humanistyki. Razem z Olafem Szewczykiem, studentem polonistyki, poszliśmy do akademika spakować plecaki. W akademiku nr 10 zajrzałam do moich dziewczyn z roku. Tam po rozmowie kilka z nich stwierdziło, że też się przyłączą i to właśnie dziewczyny z matematyki stworzyły ten zgrany zespół w kuchni, który z dziesiątek bochenków chleba i darów przywożonych między innymi od ks. Jankowskiego z kościoła św. Brygidy robiły wspaniałe kanapki. Kuchnię objęła w dowodzenie Basia Klopott, koleżanka, którą znałam od pierwszego roku studiów na matematyce. Do strajku dołączyła się Ewa, którą zawsze wspominam, gdy rozmowy schodzą na rozumienie matematyki. To była dziewczyna, która miała typowo męski sposób rozumienia matematyki. Z tym swoim spokojem graniczącym prawie z flegmatycznością czytała zadanie i „rozwalała” je w dziesięć minut.

Kiedy poszłam spakować plecak do pokoju, Kasia, studentka piątego roku ekonomii, z którą wówczas mieszkałam i z którą się bardzo lubiłyśmy, wyśmiała mnie. Była akurat ze swoim chłopakiem i pamiętam, że dla kpiny machali mi białym prześcieradłem na pożegnanie przez okno. Nie rozumieli tego, co robię. To były zupełnie dwa inne światy wartości.

1988_UG

A dlaczego ja przyłączyłam się do strajku? W dużej mierze z emocji, ale te emocje miały podstawę w rozumie. Na studia przyjechałam z Kołobrzegu. Było to wtedy miasto wojskowe. Jedyną osobą, która ten termin zrozumiała, był prof. Sławomir Cenckiewicz. On wiedział, że w Kołobrzegu stacjonowały trzy duże jednostki wojskowe, a pod Kołobrzegiem jednostka radziecka. W moim domu nie mówiło się o Polsce. Moja mama napisała mi kiedyś w pamiętniku tylko taki wierszyk:

Bądź godną Polki imienia,
kochaj serdecznie rodaków,
a imię twoje nigdy nie zginie
we wdzięcznych sercach Polaków.

Zaczęłam studia w 1984 roku w październiku. Kilka dni później, 19 października, zginął ksiądz Jerzy Popiełuszko. Mieszkałam wtedy w akademiku w Brzeźnie z trzema koleżankami z roku. Bardzo tę zbrodnię wszystkie przeżywałyśmy. W listopadzie 1985 roku zabito Marcina Antonowicza, studenta Wydziału Chemii UG. Każdy z moich kolegów, ja sama, mogłam być na miejscu Marcina. Zginął tylko za to, że był studentem. W 1986 r. wylano w budynku Wydziału Matematyki i Fizyki trującą żywicę na podłogi. Rozpoczęły się tzw. strajki o podłogi, których chyba nikt do tej pory nie opisał. (Walka o podłogi trwała do 1987 roku, kiedy to znani mi „sprawcy” wypalili kwasami na podłogach napisy. Władze uczelni nie miały wtedy innego wyjścia, jak skuć w końcu te podłogi i wyłożyć nowe, nietrujące.) W czerwcu 1987 roku na Zaspie miała miejsce wizyta Papieża Jana Pawła II. I ona prawdopodobnie dodała nam odwagi, gdy należało podjąć decyzję o poparciu stoczniowców.

W trakcie strajku byłam osobą odpowiedzialną za wydawanie przepustek na teren Humanistyki, na teren objęty strajkiem. Na wejściu stało dwóch, trzech chłopaków. Dzięki nim mogłam udawać małą, ale za to groźną osobę. (Na obchodach 25 rocznicy strajku pan Wojciech Milewski, fotograf, rozpoznał we mnie osobę, która wypisała mu wówczas przepustkę.)

W środę bardzo wcześnie rano poszliśmy z Olafem Szewczykiem zawiesić duży plakat na budynku Mat-Fizu. Wdrapaliśmy się po drabince przeciwpożarowej na dach i dopiero wtedy zreflektowaliśmy się, że nie wzięliśmy nic, czym moglibyśmy ten plakat przywiązać. Byłam w trampkach. Wyjęłam ofiarnie z nich sznurowadła i przywiązaliśmy go do jakichś piorunochronów. Pamiętam, że wchodził wtedy do gmachu doktor Marzantowicz. Spojrzał się na dach, na mnie i jakby nigdy nic wszedł do budynku.

Też w środę, czyli drugiego dnia strajku, pojechałyśmy z Basią Klopott do Gdańska. Miałyśmy misję namówienia kolegów z Politechniki Gdańskiej i Akademii Sztuk Pięknych do przyłączenia się do strajku. Pojechałyśmy takim małym samochodem, już teraz nie pamiętam, czy trabantem, czy małym fiatem, którego właścicielem był Palestyńczyk.  Był to młody chłopak, ale zupełnie siwiutki. Koleżanki mówiły, że wspierał nasz strajk i naszą walkę ze względu na straszne przeżycia w Palestynie. Samochód miał bardzo odblaskowy kolor, zielonkawy lub żółty. Pamiętam, że robił niezłe wrażenie. Pojechaliśmy na politechnikę i pierwszy raz w życiu przemawiałam do ludzi, do studentów. Stałam na schodach w holu Gmachu Głównego politechniki i opowiadałam o strajku w stoczni i o naszym solidaryzującym się z nim strajku na Humanie. Kiedy umilkłam, podszedł do mnie ktoś z tyłu i powiedział: „Koleżanka pozwoli z nami”. Nogi się pode mną ugięły. Odwróciłam się i zobaczyłam uśmiechniętą twarz Zenka, kolegi z pierwszego roku matematyki, który po pierwszym semestrze przeniósł się na politechnikę. Miałam wtedy ochotę kopnąć go w kostkę.  Dopiero trzy lata temu dowiedziałam się, że do naszego strajku dołączyli studenci politechniki. Ich strajk nie trwał długo, ale bardzo się z tego cieszę nawet teraz.

Na ASP ponieśliśmy klęskę całkowitą. Studenci tłumaczyli, że ich studia się bardzo różnią od naszych. Że aby dostać się na malarstwo czasami startują 6, 7 razy, to znaczy, że tracą 6, 7 lat. Nie mogli w takiej sytuacji zaryzykować wywalenia ze studiów. Z ASP pojechaliśmy jeszcze do kościoła św. Brygidy. Basia była umówiona na odebranie jedzenia czy ulotek. Nie pamiętam już, czego dokładnie. Ulotki pamiętam, bo wtedy pierwszy raz zobaczyłam, jak są drukowane.

Na wyższych piętrach budynku Humanistyki były punkty obserwacyjne. Można było obserwować al. Grunwaldzką. Wciąż ktoś przybiegał z wiadomością, że już po nas jadą zomowcy. Ze wsparciem przyszli nam asystenci i adiunkci, którzy przyłączyli się do strajku. Fakt, że będą z nami nocować, miał zasygnalizować władzom, że jeśli podejmą decyzję o pacyfikacji strajku, to muszą się liczyć z faktem, że nie tylko studentów zamkną, ale też i pracowników UG.  To nam bardzo dodało otuchy. Do tej pory pamiętam rozmowę przy stole z puszkami owoców z, wtedy jeszcze doktorem, a teraz profesorem, matematykiem Witoldem Rosickim i doktorem Kazimierzem Nowaczykiem z fizyki. Do rana opowiadali mi o wydarzeniach z roku 1970, o spaleniu budynku KW PZPR, o strajkach w roku 1980, o „Solidarności” i podziałach, jakie powstały po stanie wojennym. To była prawdziwa lekcja najnowszej historii Polski.

W czasie strajku nie tylko malowaliśmy plakaty. Odbywały się też wykłady. Po raz pierwszy wtedy od Czarka Godziuka, studenta piątego roku fizyki, skazanego w czasie stanu wojennego na 6 lat więzienia (z czego Czarek odsiedział rok), usłyszałam o Joannie Dudzie-Gwieździe. Znalazła czas i siły, aby przyjść do nas na spotkanie.

Przez wiele lat nie rozumiałam tego, co przeżyłam przez tych kilka dni strajku. Nie tak dawno dopiero dotarła do mnie świadomość, czym był ten strajk tak naprawdę. Dla mnie był czasem, w którym sprawdzili się ludzie pod względem wywiązywania się z obowiązków, wspólnej pracy. Nikt się właściwie nie pytał o to, co ma robić. Brał farbę, papier i sam malował plakaty. Rozumieliśmy się bez słów właściwie. Jeśli się komuś powiedziało: trzeba zrobić to czy tamto, osoba ta się nie pytała, nie zastanawiała, ale po prostu robiła to, co w danej chwili było potrzebne. Na tym dla mnie polegał fenomen strajku 1988 roku. Jeszcze tylko raz w życiu udało mi się przeżyć czas takiej współpracy. Trwało to od 10 kwietnia 2010 r. przez kilka miesięcy, dzień w dzień, czasami do czwartej nad ranem, ale w przestrzeni wirtualnej, na stronach salonu24, niepoprawnych i blogmedia24. Wspólna praca, wymienianie się znalezionymi w sieci informacjami, do rana siedzenie przy komputerze i wspólne rozmowy na portalach bez podziałów, bez wrogości i podejrzeń, w nadziei, że znajdziemy odpowiedź na pytanie, co stało się tak naprawdę 10 kwietnia 2010 roku z samolotem, na którego pokładzie był prezydent Polski Lech Kaczyński, który był właściwie inicjatorem strajków majowych na Humanie. Jak wspomina Leszek Biernacki: „Popielarz spytał, czy jeśli rozpocząłby się strajk w stoczni, to czy spróbować zorganizować strajk na uniwersytecie. Kaczyński odparł: Jeśli czujecie się na siłach, to zróbcie. Borusewicz nie oponował”. To właśnie wtedy, po wielu latach, w przestrzeni wirtualnej spotkałam KaNo, czyli doktora Nowaczyka. Na swoim blogu umieścił wpis o strajku w 1981 roku w stoczni. Napisałam KaNo wiadomość pocztą wewnętrzną, że mój mąż był w tym czasie w stoczni i że udało mu się wyjść z grupą stoczniowców, a że „mój” strajk to ten na Humanie w 88 roku. KaNo napisał, że tam był i wspomniał w odpowiedzi prof. Rosickiego. Napisałam mu, że siedziałam w nocy przy stole razem z prof. Rosickim i pamiętam drugiego wykładowcę, wysokiego blondyna w okularach. W następnym liście otrzymałam odpowiedź: „Trafiony, podwójnie zatopiony, bo wysoki i w okularach, ale już bardziej siwy niż blondyn”.  Wspominam o tym dlatego, aby powiedzieć, że strajk był uniwersytetem, takim rodzajem studiów krótkich, ale intensywnych, z zakresu historii Polski, polityki, socjologii. Spełniał jednak również rolę dydaktyczną – nauczył nas, a może potwierdził wiarę, w to, co jest ważne, jakim wartościom należy być wiernym, a jedną z nich była prawda. KaNo nie był jedyną osobą ze strajku, którą odnalazłam wtedy w blogosferze.

Zakończenie strajku było dla mnie wielką porażką, krzywdą doznaną od osób, którym zaufałam. A zaufałam Komitetowi Strajkowemu. Być może komitet nie był jednomyślny, jeśli chodzi o pogląd na zakończenie strajku, ale nie znałam różnic w zdaniach jego członków.  Strajk się zakończył w piątek. W dużym audytorium na Humanie. Długo trwały dyskusje. Pamiętam jednak, że decyzja o zakończeniu strajku wyszła od Komitetu Strajkowego, pomimo faktu, że strajk w stoczni nadal trwał. Nie było żadnego racjonalnego powodu, aby nasze wsparcie dla stoczni zakończyć. Tego się wielu z nas nie spodziewało. Za to wielkim zaskoczeniem było dla mnie to, gdy w 20 rocznicę strajków majowych zobaczyłam na wystawie IPN w Gdańsku napis pod zdjęciami ze strajku, iż strajk na Humanie został przerwany z obawy przed pacyfikacją. Nawet starałam się to wyjaśnić, ale ponoć takie dokumenty zachowały się w archiwach IPN. W 2010 roku od Bogusława Gołąba, który był uczestnikiem strajku w stoczni, dowiedziałam się, że stoczniowcy byli zawiedzeni naszą wtedy rezygnacją.

Choć na wiecu było głosowanie, to uważam, że było ono tylko pewnego rodzaju formalnością, aby stworzyć pozory demokracji. Z perspektywy czasu uważam, że jeśli miałoby nawet dojść do głosowania, to głosy oddać mogły tylko osoby, które pozostawały tam na noc. Osoby tylko strajk wspierające nie miały prawa podejmowania decyzji o przerwaniu strajku. Niestety, taka refleksja przychodzi dopiero po latach. Po latach też, siedząc w sali Wydziału Prawa w czasie obchodów 25 rocznicy strajku, dowiedziałam się, że wówczas, w rektoracie, w rozmowach z władzami uczelni i abp. Tadeuszem Gocłowskim uczestniczył gen. Czesław Kiszczak. I jak nie nazwać tego zdradą?

Poczucie krzywdy, wykorzystania energii, pracy, emocji. Takie wspomnienie towarzyszyło mi przez wiele lat, gdy myślałam o strajku majowym. Po latach dopiero przyszła głębsza refleksja, że ważna była właśnie ta wspólnota, nie z Komitetem Strajkowym, a z ludźmi, których nazwisk być może nigdy nie poznam, a z którymi czułam się tam tak dobrze. Ale czasami trudno jest mi zrozumieć, że tacy ludzie jak pan Adamowicz czy pan Karnowski, prezydenci miast Gdańska i Sopotu, których teraźniejsze życie jest konsekwencją strajków majowych, zamiast być inicjatorami upamiętnienia śp. Lecha Kaczyńskiego, człowieka, z którego powinni być dumni, bo stali wtedy z Nim po jednej stronie, czy Przemka Gosiewskiego, kolegi ze strajku, nie uważają za stosowne postawienia porządnego pomnika czy tablicy upamiętniającej ofiary tragedii smoleńskiej. Jest to żałosne i smutne.

Beata Kuna (w roku 1988 Beata Nitecka)

„Magazyn Solidarność” nr 6/2013

fot. Ryszard Kuźma

Download PDF
Powrót Drukuj stronę