Katolicka nauka społeczna (odc. 7). Czy biznesmen może być zbawiony?

– Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego (Mt 19:23-30). Gdy uczniowie to usłyszeli, przerazili się bardzo i pytali: – Któż więc może się zbawić? Jezus spojrzał na nich i rzekł: – U ludzi to niemożliwe, lecz u Boga wszystko jest możliwe.

Obserwując narastające protesty drobnych i tych większych przedsiębiorców, którzy nie otrzymali należnej zapłaty za prace przy inwestycjach prowadzonych przed Euro 2012, trudno nie przypomnieć sobie zdania wypowiedzianego przez Jezusa w rozmowie z bogatym młodzieńcem, który pytał, co ma czynić, aby osiągnąć życie wieczne. Na odpowiedź Chrystusa, aby sprzedał wszystko co ma, rozdał ubogim i poszedł za nim, młodzieniec odszedł zasmucony, gdyż miał wiele posiadłości.

 

Kapitalizm jak z Dickensa

No tak, co ma jednak zrobić przedsiębiorca, który swoje zrobił, a zapłaty nie otrzymał, bo pieniądze trafiły do silniejszego, np. do banku na poczet spłaty kredytów zaciągniętych przez lidera konsorcjum – dłużnika? Skąd wziąć kasę na wypłaty?

Dzisiaj kapitalizm przypomina ten rodem z powieści Karola Dickensa i „Ziemi Obiecanej” Władysława Reymonta. Czystych zasad brak, nie działa niewidzialna, a mityczna ręka rynku, pojawił się układ, korupcja i obietnica budowania najtaniej, co w konsekwencji swej nierealności powoduje, że mamy najdroższe autostrady w Europie.

Twórcy gospodarnej Europy, średniowieczni zakonnicy, w niebiosach plują sobie w brody, a ci z zakonów rycerskich – chętnie dobyliby mieczy. Bez średniowiecznych zakonów, bez templariuszy (wynaleźli np. konta i czeki), nie byłoby dzisiejszych banków; bez chórów kościelnych i parafialnych stowarzyszeń z trudem pączkowałaby samorządność, a bez rzymskiej zasady poszanowania własności światem rządziliby barbarzyńcy. Ta barbarzyńska zasada odezwała się też po upadku PRL w zdaniu, że „pierwszy milion trzeba ukraść”. Afery FOZZ, spirytusowa czy oscylator stały się na nieszczęście grzechem pierworodnym polskiego kapitalizmu.

 

Gruby portfel filantropa

Korupcja, meandry kreatywnej księgowości, łamanie umów, kradzież wartości intelektualnych – to nadal rejestr grzechów głównych rodzimego kapitalizmu, z rzadka tylko retuszowanych działalnością filantropijną i udziałem w akcjach charytatywnych. Filantrop dzisiejszy to jedynie obrazek z filmu „Kiler-ów 2-óch”, gdy kreowany przez Cezarego Pazurę „Kiler” zostaje z przypadku filantropem, ratującym budżet, szpitale, kinematografię i edukację. Daleko mu do filantropii np. Zamoyskich, a od Johna Davisona Rockefellera i Amschela Mayera Rothschilda polskich filantropów dzielą lata świetlne. Zresztą dwaj ostatni bogacze przy okazji doskonale inwestowali w ramach swoich fundacji w „kapitał ludzki”. Jednak ich koncerny i trusty nie wzbraniały się przed używaniem siły wobec np. strajkujących, jak w czasie masakry w Ludlow Tent Colony, a ich potomkowie uczestniczą – jak się sądzi – w tworzeniu tzw. Nowego Porządku Świata.

 

Człowiek jest panem samego siebie

Antidotum na dyktat i wynaturzenie bogactwa jest uznanie siły dobra. Papież Jan Paweł II w encyklice „Centesimus annus” z 1991 r. zauważył, że własność prywatna i przedsiębiorczość są elementem definicji człowieka, a poczucie własności afirmuje i czyni z człowieka nie petenta, a pana samego siebie.

– Człowiek pozbawiony wszystkiego, co mógłby nazwać swoim oraz możliwości zarabiania na życie dzięki własnej przedsiębiorczości, staje się zależny od machiny społecznej i od tych, którzy sprawują nad nią kontrolę, a to znacznie utrudnia mu zrozumienie swej godności jako osoby i zamyka drogę do tworzenia autentycznej ludzkiej wspólnoty – napisał Jan Paweł II.

Jak zatem nie stać się niewolnikiem systemu i nie popaść w uzależnienie od korporacji i dyktatu finansjery? To arcytrudne, gdy nie sprzyja powolna dyktatowi zewnętrznemu, łasa na profity, kasta urzędniczo-administracyjna, eliminująca krnąbrnych. Recepta jest prosta – stowarzyszenia, czy to w formie związków, spółdzielni, czy społecznych instytucji. I to nie stowarzyszenia rozumiane jako zmowa.

Prywatyzacja u początku drogi III RP była zjawiskiem dziwacznym, które nadal oczekuje na solidne, niezależne opracowanie. Polacy, tak jak inne nacje od Afryki Północnej po Estonię, stali się bowiem przedmiotem gigantycznego planu gry i przeprowadzonej w zadziwiająco podobnym stylu transformacji. Ludziom danego ładu nie stała się „krzywda”, to oni znaleźli się na szczycie nowej ekonomicznej drabiny. Reszta została skazana na role klienta. I to klienta odartego z własnych, walutowych oszczędności (pamiętamy sztywny kurs dolara na poziomie 9 tys. zł, gdy galopowała inflacja i znikały wkłady na książeczkach mieszkaniowych). Czy jednak opłaca się nam dzisiaj złupić bogacza? Jeśli odpowiemy sobie: tak – grozi nam równość w nędzy. Polak bogaczy nie lubi. Gdy sąsiadowi powodzi się lepiej, wzdycha: Dlaczego on ma lepiej niż ja, dlaczego nie ma tak źle jak ja?

W „Słowniku katolickiej nauki społecznej”, zredagowanym przez ks. prof. Władysława Piwowarskiego, pod hasłem „Bogactwo” czytamy: „Zasób środków materialnych, który pozwala na skrajnie luksusowy poziom życia w danym społeczeństwie. Źródła bogactwa mogą być rozmaite: pracowitość, przedsiębiorczość, oszczędzanie, wyzysk, dziedziczenie. Niezależnie od źródeł bogactwo jest wyrazem uprzywilejowania i w jakimś stopniu przeciwstawienia się zasadzie równości społecznej. Choć bogactwo często prowadzi do hedonizmu, konsumpcjonizmu i neoindywidualizmu jako stylu życia, to nauczanie społeczne Kościoła nie jest przeciwne bogaceniu się. Podkreśla się w nim nie tyle moment posiadania, ile raczej używania dóbr materialnych, a w konsekwencji obowiązki społeczne ciążące na własności. Bogactwo nie jest celem samym w sobie, lecz środkiem do celu. Wymaga ono uświadomienia w zakresie hierarchii wartości, postaw życiowych i zachowań opartych na zasadach etyczno-społecznych, zwłaszcza zasadzie sprawiedliwości, zasadzie miłości i zasadzie solidarności. Encykliki społeczne domagają się harmonijnego i solidarnego rozwoju wszystkich społeczeństw” – uważa ks. prof. Władysław Piwowarski. Z definicją bogactwa harmonizuje definicja przemysłu. Według ks. prof. dr. hab. Janusza Mariańskiego (KUL), pierwotnie termin „przemysł” był synonimem wysiłku i zręczności drobnego wytwórcy (rzemieślnika). Od początku XIX w. termin ten jest stosowany na określenie nowej organizacji produkcji, pociągającej za sobą różnorodne następstwa społeczne.

 

U progu cyberczasu

Uprzemysłowienie jest konieczne tak dla wzrostu ekonomicznego, jak i postępu ludzkiego oraz dojścia do nowych form życia społecznego, nowych form kultury, sposobów myślenia, działania, spędzania wolnego czasu itp. Zmiana ta oznaczała przede wszystkim odchodzenie od liberalnego ustroju społeczno-politycznego, który według swoich ekonomistycznych założeń popierał i zabezpieczał inicjatywę gospodarczą posiadaczy i przedsiębiorców, ale nie troszczył się dostatecznie o zabezpieczenie praw człowieka pracy. Co dalej? Oto stoimy u progu kolejnych wyzwań, z których warto sobie już dzisiaj zdać sprawę. Czy zasypywać przeszłość, by budować przyszłość, czy na tradycji budować przyszłość nowoczesnego państwa? Tą drogą idzie przez ostatnie pół wieku np. Japonia, łącząc tradycję z nowoczesnością, oraz Bawaria. Czy jednak Pomorze stanie się drugą Bawarią? Na razie przed nami długi marsz obliczany na dwie dekady, by poziom życia chociażby zbliżył się do tego znanego z rozwiniętych landów niemieckich czy szwajcarskich kantonów. Tymczasem żyjemy już w cyberczasach, a innowacyjność stoi w przedpokoju.

– Kolegą w pracy będzie robot. Nastąpi zanik tradycyjnej pracy, a inteligentne maszyny wytworzą też nowy model pracy. Czy nastąpi zmiana paradygmatu z rywalizacji na partnerstwo? Żyjemy w cyberczasach. Musimy więc przystosować się do wyłaniającej się cyberrzeczywistości. Z łatwością możemy wyobrazić sobie maszyny, które nas zastąpią. Świat cyfrowy staje się coraz bardziej nieznany. Część naszej przyszłości będzie działa się w przestrzeni cyfrowej i wirtualnej – przekonywał nas Szwajcar prof. Mario Raich, naukowiec z ESADE w Barcelonie.

Dlatego też ukazując blaski i cienie rozwoju przemysłowego Kościół podkreśla, że dalszy właściwy rozwój społeczeństwa przemysłowego powinien opierać się na przeświadczeniu o pierwszeństwie osoby przed rzeczą, etyki przed techniką, pracy człowieka przed kapitałem jako zespołem środków.

 

Przedsiębiorca beatyfikowany

Ojciec Święty Jan Paweł II beatyfikował społecznika
z okresu międzywojennego, hiszpańskiego przedsiębiorcę, Wincentego Vilara. Vilar pochodził z Manises w Walencji, gdzie razem z braćmi prowadził fabrykę porcelany.
W 1937 roku Vilar zginął z rąk bojówkarzy komunistycznych, którzy chcieli wymusić na nim przejście na ich stronę. – Najbardziej chlubię się właśnie tym, że mogę być teraz kim jestem i postępować tak jak zawsze postępowałem, toteż nie zaprę się prawdy – powiedział przed śmiercią przedsiębiorca, filantrop i społecznik Wincenty Vilar.

Artur S. Górski

Download PDF
Powrót Drukuj stronę