Jesteśmy skazani na wyludnienie?

W ciągu najbliższych 30 lat wszystkie spośród 66 największych miast w Polsce odnotują spadek liczby ludności. Populacja Zabrza, Bytomia, Świętochłowic czy Tarnowa może skurczyć się nawet o połowę – wynika z prognoz Instytutu Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania PAN.

Prof. Przemysław Śleszyński z PAN na potrzeby ministerstwa rozwoju opracował listę 122 miast, wymagających szczególnego wsparcia państwa, oszacował również spadek liczby ludności w 66 miastach na prawach powiatu. Chodzi o dawne stolice województw oraz miasta powyżej 100 tys. mieszkańców.

Prognozy dotyczą spadku liczby ludności do 2050 r. Odmiennie niż dane Głównego Urzędu Statycznego, wyliczenia te uwzględniają nierejestrowaną emigrację zagraniczną. Ciągle też liczba zgonów przekracza liczbę urodzeń.

Jak wynika z szacunków i prognoz Instytutu Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania PAN, największy procentowy ubytek liczby ludności dotyczył będzie Zabrza, w którym ludność zmniejszy się o 89,8 tys. (51,2 proc.) i ze 175,6 tys. osób zamieszkujących miasto w 2015 r., w 2050 r. pozostanie 85,8 tys. 170-tys. Bytom w połowie stulecia ma liczyć zaledwie 86,8 tys. mieszkańców (spadek o 49,2 proc.).

Znacząca skala depopulacji dotyczyć ma też Świętochłowic (49,2 proc.) i Tarnowa (48,2 proc.). Wysokie spadki ludności przewidywane są także w Łomży (o 44,4 proc.) i w Sopocie (o 42,5 proc.).

W przypadku stolic województw w najwyższym stopniu wyludni się Opole, w którym liczba mieszkańców obniży się z 119 tys. do 72,8 tys. (38,8 proc.). Ponad jedną trzecią ludności stracą Kielce oraz Łódź.

Depopulacja w najmniejszym stopniu dotknąć ma Warszawę. Ludność stolicy w ciągu najbliższych trzech dekad może zmniejszyć się do 1 695 tys. (spadek o 2,2 proc.). Niewielki spadek (o 4,3 proc.) dotyczyć ma Rzeszowa. W Krakowie będzie to już 11,3 proc., a we Wrocławiu - 13 proc.

Depopulacja samych miast będzie wynikała po części z przenoszenia się ich mieszkańców na przedmieścia. Jednak według szacunków o ile nie nastąpi silniejsza imigracja z zagranicy lub reemigracja osób, które wyjechały z Polski po 1990 r. to ludność naszego kraju może spaść nawet do 31 mln w ciągu 30 do 35 lat, czyli o jedną piątą

Prognozy GUS mówią o ubytku ludności rzędu 4,4 mln, czyli do 34 mln. Te dane są jednak niedoszacowane, gdyż ponad 2 mln do 2,5 mln ludzi figuruje w rocznikach statystycznych, choć tak naprawdę nie mieszkają w kraju. Większość z nich nie wróci.

Prof. Śleszyński wyjaśnił, że po II wojnie światowej w Polsce odnotowano bardzo duży, kompensacyjny wyż demograficzny, o sile niespotykanej w innych częściach Europy. Osoby urodzone w tym wyżu decydowały się na własne potomstwo w latach 70. i 80. Wtedy też miał miejsce drugi wyż, który wchodził na rynek pracy po 1995 r., co zbiegło się w czasie  z trudnym okresem transformacji i wysokim bezrobociem, a później z akcesją do Unii Europejskiej i otwarciem bardziej atrakcyjnych rynków pracy.

- Ten drugi wyż nie urodził już dzieci po 2000 r. w tak dużym stopniu, jak ich rodzice, dzietność spadła do poziomów najniższych na świecie – zauważył prof. Śleszyński i ocenił, że obecnie dzietność nie pozwala na zastępowalność pokoleń, mimo wyraźnego pozytywnego wpływu programu Rodzina 500+. Jego zdaniem w tej sytuacji optymizmem napawa notowane od pewnego czasu przyśpieszenie wzrostu gospodarczego, co widać wyraźnie po liczbie miejsc pracy i wzroście płac.

Od samego spadku liczby ludności groźniejsze jest bowiem starzenie się populacji i luka podażowa na rynku pracy, która w perspektywie roku 2050 może wynieść 3-4 mln pracowników.

W ocenie prof. Śleszyńskiego jeśli ekonomia wygra dzięki „zasysaniu” siły roboczej Polska zasili się pewną liczbą imigrantów, być może reemigracją Polaków, którzy wyjechali za chlebem po 1990 r.

Download PDF
Powrót Drukuj stronę