Jest ciągłość prowadzonego od 1944 roku oporu przeciwko narzuconemu nam systemowi. Od lat wojny po czas NSZZ „Solidarność” i „Solidarności Walczącej”,

Rozmowa z Andrzejem Kołodziejem, przywódca strajku w Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni w 1980 r., współzałożycielem Solidarności Walczącej, prezesem Fundacji Pomorska Inicjatywa Historyczna

- W niedzielę 28 sierpnia odbędzie się państwowy pogrzeb „Inki i „Zagończyka”. Trzy dni później – 36 rocznica podpisania Porozumień Sierpniowych. Jest jedna, ta sama droga – od Żołnierzy Niezłomnych do „Solidarności” mimo trudnych wyborów „ludzi z lasu” i innego historycznego czasu?

- Idea jest taka sama. Jest ciągłość prowadzonego od 1944 roku oporu przeciwko narzuconemu nam systemowi. Od lat wojny po czas NSZZ „Solidarność” i „Solidarności Walczącej”, która wzorowała się na testamencie Armii Krajowej. Są z nami sędziwi dziś kombatanci konspiracji wojenne i wnuki Żołnierzy Wyklętych, ludzi drugiej konspiracji. Chociażby Jan Białostocki z Gdyni, wnuk dowódcy NSZ pułkownika Ignacego Oziewicza. „Solidarność” w pierwszym swym zrywie to był ruch społeczny, niepodległościowy. Idea niepodległości, walki z sowietyzacją ujawniła się w „Solidarności” niezależnie od tego, czy przywódcy związkowego ruchu tego chcieli czy nie. Idee pozostały.

- Sanitariusza „Inka” z aresztu na Kurkowej przekazała informację swojej babci, iż zachowała się jak trzeba. Czy liderzy „Solidarności”, poczynając od Lecha Wałęsy, po tych, którzy prezentowali się jako ludzie „Solidarności” zachowywali się „jak trzeba”?

- Nie wszyscy zachowali się jak trzeba. Formacja duchowa i ideowa Żołnierzy Niezłomnych była jakościowo lepsza. Później przydarzyli się nam ludzie, którzy łatwo chcieli zaistnieć w kręgach władzy, uszczknąć z niej co nieco, stać się władzą, Oni nawet nie chcieli niepodległości, która dla nich była niewyobrażalna, nie do przyjęcia. Oni chcieli jakiejś  finlandyzacji, zachowania zreformowanej PRL. Oszukiwali ludzi by zrealizować swoje idee polityczne, sprzeczne z dążeniami narodu i rzesz ludzi „Solidarności”.

- A sprawcy i mocodawcy zbrodni sądowych, zbrodni komunistycznych uszli bez kary, poza kilkoma wyjątkami skazanych ministrów za czasów początku „ery” Gomułki i kilku po 1989 r., a nawet jeszcze w 2014 roku byli grzebani z honorami?

- Była „gruba kreska” wykreślona przez Tadeusza Mazowieckiego, efekt układu okrągłostołowego i paktu o wspólnym podzieleniu się władzą. Była więc obrona systemu PRL, a właściwe jego ludzi by nie dopuścić do potępienia komunizmu, tak jak potępiono nazizm, hitleryzm, po II wojnie światowej. Za wymierne korzyści materialne i poprawę własnego bytu sprzedano nas. Nawet jako tych, którzy nie zrezygnują z niepodległości na dekady zepchnięto nas na margines. W to miejsce wprowadzono funkcjonariuszy systemu zniewolenia.

- Zabrakło definitywnego odcięcia się od systemu PRL?

- Co szczególnie dotkliwe, noszące skutki do dzisiaj, to fakt, że zabrakło dekomunizacji w sądownictwie. Nie było jej, przy likwidacji WSW, w Wojskowych Służbach Informacyjnych. Propaganda, przepraszam, media – podobnie. Weryfikacja SB była tak poprowadzona, że większość jej składu wróciło do dalszej pracy w UOP. Zostali objęci ochroną. Czy więc nie była to kontynuacja realsocjalizmu pod innym szyldem, czyli III RP. Ci ludzie stali się faktycznymi właścicielami Polski. Nałożyła się na to groteskowa, rabunkowa prywatyzacja, sprowadzająca się do tego, że nomenklatura i ludzie służb przejęli ważne dla państwa gałęzie: bankowość, resorty strategiczne oraz w części media.

- Minęło od procesów przepoczwarzania się systemów, blisko trzy dekady…

- Pierwszych beneficjentów transformacji z dawnego układu dzisiaj aktywnych jest niewielu ale po nich ich resortowe dzieci stały się właścicielami gospodarki i wpływają na rodaków przez telewizje, prasę. Zamęt, który wywołali i wywołują w głowach ludzi, w przekazie historycznym, jest trudny do naprawienia.

- Jest IPN…

- Instytut stoi przed trudnym zadaniem. W III RP dokonano zabiegu umieszczenia na piedestale ludzi tego niegodnych. Były publikacje określające bohaterów jako bandytów. Na pewno żołnierze powojennej konspiracji nie byli oni postrzegani jako bohaterowie i nie byli przedstawiani jako wzory ideowe.

- Te wzorce ideowe przekazywane były w rodzinach nawet w czasach PRL. Kiedy przyjechał Pan do pracy z Podkarpacia na Wybrzeże od razu zaczęła się „wywrotowa” robota. Skąd ten bunt?

- Dla mnie Wybrzeże, stocznie, to były symbole buntu. Mój dziadek ze strony mamy Michał Kruczek służył w 6 Pułku Strzelców Podhalańskich przed wojną. Stacjonował w Drohobyczu. Walczył w wojnie obronnej. Następnie przeniósł się do Zagórza, w okolice Sanoka. Jako żołnierz AK i przedwojenny podoficer zawodowy szkolił rekrutów AK. Winę za ten mój bunt ponosi więc wychowanie w domu (śmiech), opowieści o 1939 roku, o antykomunistycznej partyzantce, która nie pogodziła się z kolejną okupacją. Jest nowe pokolenie więc tym bardziej przed IPN i historykami trudne zadanie.

- Trudne zadanie też przed prokuraturą. Wróciła historia z kwietnia 1995 roku wybuchu gazu w wieżowcu przy ulicy Wojska Polskiego w Gdańsku. Czy doszło wówczas tam do jakiejś operacji UOP, akcji przejmowania archiwum SB w mieszkaniu pułkownika Adama Hodysza?

- To był specyficzny budynek. Mieszkały w nim kadry wojska, ludzie ze służb, milicjanci, oficerowie wojska i Marynarki Wojennej. Wiem, bo nawet na parterze u córki jednego z oficerów 6 Pomorskiej Dywizji Powietrznodesantowej miałem mieszkanie kontaktowe. Sprawa owych dokumentów i późniejszego potraktowania Adama Hodysza jest to rzecz co najmniej dziwna. Czy coś da się ustalić? Czy oficjalna wersja będzie podważona? Wątpię. Różne dowody zostały zniszczone. Działania prowadzono w pośpiechu i były one w rękach służb tamtego okresu i dawnego systemu. Jeśli było to ich działanie sprawa nie ujrzy światła dziennego.

- Rozmawiamy 36 lat po tym, jak 16 sierpnia 1980 roku proklamowany został strajk solidarnościowy w Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Sierpień wybuchł niespodziewanie. Po wygaśnięciu lipcowych protestów, po zawarciu porozumień płacowych, władzom wydawało się, iż opanowały sytuację. Gierek wyjechał na wakacje. Po trzech tygodniach ciszy wybuchł strajk, który zmienił historię.

- Nikt nie przewidywał takiej skali strajku. Jeździłem wtedy sporo po kraju. Organizowałem akcje ulotkowe. Pierwsze strajki w 1980 roku miały miejsce na południu, w Autosanie w Sanoku, w Krośnie w fabryce amortyzatorów. Pamiętam atmosferę wyczekiwania co na to Wybrzeże. Ta pierwsza fala bardzo pomogła rozwojowi sytuacji strajków na Wybrzeżu. Wyczekiwanie było więc sygnał spowodował, że ludzie wyczuli, że to właściwy moment. Ruszyła gwałtowna fala. W końcu sierpnia stały za nami miliony ludzi. W trzech dniach, nim jeszcze doszło do powstania MKS, zdaliśmy sobie sprawę, że ze strajku lokalnego może on przejść w ogólnopolską rewolucję.

- SB zaspała? Nie było sygnałów do Warszawy ze strony Stasi, Mnisterstwa Bezpieczeństwa Państwowego NRD, od czechosłowackiej StB? 

- Przeglądałem archiwalia dotyczące 1980 roku. Zachowała się większość. Nie zostały zniszczone bo bezpieka nie miała woli ich niszczenia. Do zniszczenia miała ważniejsze dokumenty, dotyczące późniejszego okresu. Wyłania się z nich obraz zaskoczenia. Po tym jak lipcowa fala strajków opadła SB uznała, że po zwolnieniu z więzienia Darka Kobzdeja i Tadeusza Szczudłowskiego oraz w ciszy trwającej tydzień po zwolnieniu z pracy Ani Walentynowicz, sytuacja jest opanowana. Esbecy pojechali na urlopy. Strajk wybuchł a oni nie mieli uruchomionej siatki, Esbeków ściągano z urlopów. Sytuacja była dynamiczna. Trzeba było reagować z godziny na godzinę. Co do Stasi. Przyglądałem się służbie NRD pod kontem „Solidarności Walczącej” bo Niemcy próbowali nas rozpracowywać…

- Grupa operacyjna kontrwywiadu Stasi działała w Polsce intensywnie od lata 1980 roku. Ta komórka kontrwywiadu NRD utrzymywała w Polsce sieć ponad stu własnych agentów…

- NRD miała być wizytówką komunizmu. Tym bardziej aktywna wschodnioniemiecka Stasi. Tworzyła ona formacje militarne, szkoliła grupy terrorystyczne działające na Zachodzie. Szef Stasi (minister gen. Erich Mielke – dop. red.) podejmował swoistą rywalizację z KGB. Oni działali nawet na własną rękę, prowadząc własny wywiad. I to też w krajach bloku komunistycznego. Ale ich wpływ na wydarzenia w tych krajach był niewielki. Zbierali informacje dla siebie i dla Moskwy. Jakaś część trafiała też do MSW, do Polski. Ale ci ze Stasi nie chwalili się tym zbyt ostentacyjnie. A tutaj aktywnie działać nie mogli, by nie wejść w kompetencje Moskwy.

- Obalenie muru berlińskiego, symbol przemian z 1989 roku, zaskoczyło Stasi, ale nie generała Markusa Wolfa, nadzorującego Główny Zarząd Wywiadu NRD. Po zjednoczeniu okazało się, że w RFN on nie może być sądzony za kierowanie siatkami szpiegowskimi przeciwko Zachodowi. Demokratyczne Niemcy objęły go amnestią. Wolfa oraz innych funkcjonariuszy wywiadu NRD nie spotkała żadna odpowiedzialność…

- Obalenie muru było programowane przy udziale Moskwy. Stasi musiała pozwolić na wybuch protestów i obalenie słupów granicznych. Sprawa jest skomplikowana. Kilku oficerów Stasi było agentami BND (Federalna Służba Wywiadowcza RFN – dop. red.).

- Te służby się przenikały…

- Dokładnie, wielu przeszło do pracy w zjednoczonych Niemczech. Układ grubej kreski tam zafunkcjonował w stosunku do wywiadu oraz do przejętych dokumentów.

- Niemcy szturmujący w 1989 roku archiwa w siedzibie Stasi w Normannenstraße w Berlinie byli sterowani?  

- To się działo na oczach dziennikarzy. Można było łatwo wytłumaczyć dlaczego niektóre akta zaginęły. Działo się to w ramach układu wyreżyserowanego w Moskwie.

- W Polsce też?

- W Polsce był projekt Kiszczaka. Geneza Okrągłego Stołu była realizacją – od połowy 1988 roku, planu szefa SB Czesława Kiszczaka, który do rozmów dobrał część opozycji i kilku „niepokornych” działaczy. Gorbaczow na tamtym etapie ostrzegł władze PRL, że jeśli sami nie wypracują modelu porozumienia i go nie zawrą to wydarzenia ich zmiotą. Zaczęli więc w wąskim gronie przygotowywać strategię porozumienia z opozycją, w której byli ludzi z ich własnych, dawnych szeregów. Oni stali się twarzą lewicowej warszawskiej opozycji. Im zaufali ludzie. Niestety. W „Solidarności Walczącej” od początku mówiliśmy, że to jest oszustwo mające zapewnić kontynuację dobrego życia dygnitarzom PRL oraz ulokowanie ludzi reżimu w strukturach nowego państwa. Przecież prezydentem został generał Jaruzelski.

- I możemy dzisiaj usłyszeć, że ów realsocjalizm w wydaniu PRL był łagodnym w swej odmianie systemem…

Andrzej Kołodziej: U jego schyłku i w III RP o PRL mówiło się jako o najweselszym baraku w obozie. A tak nie było. Były represje, ścieżki zdrowia, cenzura, łamane życiorysy, a nawet śmierć za upominanie się o niepodległość. Dlatego dzisiaj warto pochylić się nad prawdą.

Rozmawiał Artur S. Górski. Test ukazał się w „Gazecie Gdańskiej” z dn. 19 sierpnia br.

 

Download PDF
Powrót Drukuj stronę