Jak Polscy Wojownicy zdobyli McKinley

Wyprawa, w której brał udział Krzysztof Maliszewski, członek organizacji zakładowej NSZZ „Solidarność” w FEDERAL MOGUL BIMET SA i wydziałowy Społeczny Inspektor, zakończyła się powodzeniem. Mount McKinley wpuścił zdobywców.

Maliszewskiemu towarzyszył Grzegorz Bargiel z Zakopanego, ratownik TOPR oraz międzynarodowy przewodnik wysokogórski, taternik i alpinista. Wyprawa nazwała się Polish Warriors, co na polski tłumaczy się jako Polscy Wojownicy.

Co czuł Krzysztof Maliszewski po zdobyciu góry? – Podniósł mi się poziom endorfin – mówi z uśmiechem związkowiec. – Czułem euforię i dumę, ale też pokorę spowodowaną świadomością ogromu góry – że trzeba z niej bezpiecznie zejść. I radość z pokonania własnych słabości.

A nie było łatwo. – Szliśmy z nadzieją, choć statystyki wejść na szczyt z początkiem tego sezonu nie były najlepsze. Ale wiara w to, co robimy i szczęście, które nas nie opuściło do samego końca, sprawiły, że wyprawa zakończyła się sukcesem. Na szczycie stanęliśmy 30 maja 2015 roku o godzinie 16:15. McKinley słynie z trudnych warunków. Wspinaczkę utrudniają wiatry o dużej prędkości, burze śnieżne i temperatury spadające do minus 30°C i niżej. Aby osłonić namiot przed silnymi podmuchami wiatru, trzeba było obudować go murkami z bloków zmrożonego śniegu, wycinanych przy pomocy specjalnej piły. Mimo to zdarzyło się, że opad śniegu zasypał namiot. Musieliśmy odśnieżać, bo fartuchy nie przepuszczały powietrza i mogliśmy się udusić – wspomina Maliszewski.

Cały sprzęt i ekwipunek trzeba było osobiście ciągnąć na saniach. Również paliwo i żywność. Czym się żywili? – Mieliśmy ze sobą żywność zapakowaną w worki i podzieloną na konkretne dni. Im niżej się znajdowaliśmy, tym bardziej „domowe” było jedzenie. W czwartym i piątym obozie jedliśmy żywność liofilizowaną – wymagającą tylko zalania wodą, którą trzeba było wytopić ze śniegu – opowiada związkowiec.

Podczas wspinaczki zdobywcy spotkali wiele ekip pochodzących z różnych krajów świata: Mongolii, Japonii, Kazachstanu i oczywiście Stanów Zjednoczonych. Było także siedem grup złożonych z Polaków. Wśród nich – 3-osobowa ekipa z Gliwic, w której składzie Polscy Wojownicy spotkali Janusza Gołąba – zdobywcę ośmiotysięczników,  K2 i Gaszerbrum 1 zimą. – Poznaliśmy elitę polskiego himalaizmu! – cieszy się Maliszewski. – Spotkaliśmy ich w czwartym obozie. Na McKinley można wchodzić różnymi drogami. Nasza wyprawa była poprowadzona Drogą Klasyczną West Buttres, oni natomiast wybrali trudną drogę Cassina. Potraktowali ją jako wyjazd aklimatyzacyjny przed kolejną wyprawą w Himalaje.

W drodze do piątego obozu na wysokości 5100 metrów nastąpił moment kryzysowy – Maliszewskiego dopadła choroba wysokościowa, objawiająca się ogólnym osłabieniem, niechęcią, brakiem motywacji i apetytu. – W takiej sytuacji lekarstwem jest zejście niżej. Po zejściu do obozu 4 na wysokość 4300 m wstąpiło we mnie nowe życie. Po dwóch dniach odpoczynku podjęliśmy kolejną próbę dojścia do obozu 5 i ataku na szczyt. Po dotarciu do piątego obozu na wysokości 5300 m, pomimo że nie odczuwałem już objawów choroby wysokościowej, byłem tak wyczerpany, że po cichu myślałem, że jeśli rano nadal będę czuł się tak źle, nie dam rady wejść na szczyt. Jednak kiedy przespałem 12 godzin, jakby wstąpiło we mnie nowe życie. Udało się, 14 dnia prowadzenia wyprawy stanęliśmy na szczycie! – wspomina związkowiec.

Zejście z obozu piątego do bazy na lądowisko awionetek, które znajduje się na wysokości 2200 m, zajęło nam 18 godzin. Po 16 dniach wyprawy zdobywcy odlecieli z lodowca Kahiltna do miasteczka Talkeetna, gdzie czekali trzy dni na powrót do Polski.

Merem tej miejscowości jest… kot o imieniu Stubs. – Mieszkańcy Talkeetny są zgodni i nie potrzebują „prawdziwego” włodarza. Mer mieszka w restauracji. Jest na portretach, przychodzą nawet do niego listy – opowiada Maliszewski.

Dzielny związkowiec nie zamierza poprzestać na zdobyciu McKinley. W przyszłym roku wybiera się na podbój Matterhorn w Alpach Szwajcarskich.

MarWer

Download PDF
Powrót Drukuj stronę