Grudzień ’70: wspomnienia Waldemara Malinowskiego – 16 grudnia

„Magazyn Solidarność” dotarł do zapisków Waldemara Malinowskiego, portowca, uczestnika protestów robotniczych w Gdyni w grudniu 1970 r., który w październiku 1971 r. uciekł statkiem do Niemiec. Publikujemy czwartą część wspomnień Waldemara Malinowskiego, kolejne zaprezentujemy w następnych dniach.

Środa 16 grudnia 1970 roku

Wcześniej niż zwyczajnie poszedłem tego dnia z moim kolegą Adamem S. do pracy i byłem w porcie już przed godziną 7.00 rano. Przez pół godziny rozmawialiśmy z kolegami o wczorajszych wydarzeniach w Gdyni i innych miastach Polski, relacjonowanych przez radio i telewizję. Opowiedziałem kolegom z Warsztatów Głównych oraz nabrzeża Duńskiego i Szwedzkiego, jak przebiegło spotkanie delegatów w ZDK. Poinformowałem ich o powstaniu Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego i ustnych uzgodnieniach delegatów dotyczących programu na następne dni.

Zgodnie z naszymi ustaleniami przed godziną 8.00 pojechało dwóch kolegów na rowerach pod ZDK. Na miejscu stwierdzili, że drzwi wejściowe do ZDK były poważnie uszkodzone, co wyraźnie wskazywało na użycie przemocy celem wejścia do wewnątrz.

Od innych osób dowiedzieliśmy się o aresztowaniu przez milicję Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego, co miało miejsce około północy. Mówiono, że prawdopodobnie wszystkich delegatów wywieziono do więzienia w Wejherowie. Aresztowanie odbyło się przy użyciu pałek, twardych narzędzi i zastosowaniu wszelkiej brutalności, pomimo, że członkowie Komitetu zachowali całkowity spokój i nie stawiali żadnego oporu.

W tej sytuacji nie pozostało nam nic innego, jak zrealizowanie uzgodnień Komitetu Strajkowego, czyli przystąpienie do strajków we wszystkich zakładach pracy na terenie miasta Gdyni poczynając od pierwszej zmiany w czwartek dnia 17 grudnia 1970 roku. Jeszcze przed południem odwiedziliśmy Stocznię Komuny Paryskiej, gdyńską Stocznię Remontową „Nauta” i zakłady „Dalmoru”, celem zorientowania się w ich sytuacji w świetle nowych wydarzeń, to znaczy brutalnego aresztowania naszych kolegów, których wybraliśmy jako naszych reprezentantów do Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego.

W moim zakładzie pracy u głównego mechanika w Zarządzie Portu Gdynia powstała całkiem nowa sytuacja. Wszyscy zatrudnieni przestali pracować, a podczas ogólnej dyskusji wyrażali bezwzględną solidarność z nami, co dało się zauważyć także u naszego kierownictwa, jak i w innych sąsiednich oddziałach portu. Wyjątek stanowił starszy kierownik wydziału tokarek, z którym już od długich lat nie mieliśmy wspólnego języka. Grupa uczniów i młodszych pracowników obwiozła go na taczkach, bez wywiezienia jednak za bramę wejściową zakładu. Nie wyrządzono mu przy tym żadnej fizycznej krzywdy i nie trwało to też zbyt długo. Po jakimś czasie zostawiono go w spokoju.

Przebywające w basenach portowych różne statki uruchamiały czasami syreny. Na jednym pływającym magazynie, pochodzącym jeszcze z okresu II Wojny Światowej i produkowany seryjnie w USA, cumującym przy Nabrzeżu Francuskim, zauważono kłęby dymu. Straż portowa szybko opanowała sytuację, ale nigdy nie dowiedzieliśmy się, co się paliło i o co tam właściwie chodziło. Propaganda PRL zarzucała nam chuligaństwo, dewastację, kradzieże, a nawet nazywali nas ostatnimi lumpami. Było to od samego początku wielkim kłamstwem propagandy rządowej.

Właśnie my wszyscy w Gdyni udowodniliśmy całkiem coś innego: nie daliśmy się sprowokować, wspólnie pilnowaliśmy mienia społecznego, dbaliśmy o maszyny i zabezpieczyliśmy wszelkie narzędzia pracy. Zwiększyliśmy także czujność wobec ewentualnych prób prowokatorów podstawionych przez PZPR. Chcieliśmy całemu społeczeństwu pokazać i udowodnić, że propaganda w telewizji jest fałszem i to nam się udało w stu procentach. W tym dniu mieliśmy trochę skrócony dzień w zakładzie pracy, o czym zadecydowało nasze kierownictwo.

Tego dnia wieczorem przemawiał w telewizji wicepremier Stanisław Kociołek, zasłużony członek PZPR i zaufany władzy radzieckiej.

W swoim przemówieniu nawoływał wszystkich do podjęcia pracy następnego dnia, czyli w czwartek 17 grudnia 1970 roku. Przemówienie wicepremiera i sekretarza PZPR Stanisława Kociołka brzmiało jak bezpardonowy nakaz i ostrzeżenie. Kategorycznie potępił wszelkie żądania manifestujących ludzi pracy. Ówczesny wicepremier odrzucił kategorycznie propozycję manifestujących do rozpoczęcia dialogu na tematy zawarte w postulatach i zadecydował o podstępnym użyciu przemocy milicji oraz Wojska Polskiego przeciwko bezbronnym ludziom.

Fot. Archiwum prywatne W. Malinowskiego

Download PDF
Powrót Drukuj stronę