Godność, prawda i sprawiedliwość

Rozmowa z Czesławem Nowakiem, gdańskim portowcem, więźniem politycznym, prezesem Stowarzyszenia Godność, byłym posłem w latach 1989-93 (OKP i PC) i radnym Rady Miasta Gdańska (2002-06) 

- Wprowadzenie stanu wojennego było dla gdańskich portowców zaskoczeniem?

- Akcja milicji i wojska nastąpiła z całą brutalnością. Nie złamano nas. Spodziewaliśmy się wariantu siłowego. Po Porcie Gdańsk pod koniec października 1981 roku zaczęły chodzić patrole, takie trójki robotniczo-chłopskie, czyli partyjny aktyw pod nadzorem oficera. Poleciłem, jakby przeczuwając bieg wypadków, wykonać hasło „Obronimy Solidarność. Zwyciężymy!” i zrobić zdjęcie. W stanie wojennym ukazywała się taka grafika. Akcji przeciwko związkowi spodziewaliśmy się właśnie przed Bożym Narodzeniem. Dla nas w porcie zaskoczeniem jednak była militaryzacja portu. Stanęliśmy, zastrajkowaliśmy, mimo to. U nas, w gdańskim porcie, zebrała się garstka tych nieinternowanych. U nas utworzył się pierwszy komitet strajkowy, ogólnopolski. I on, ten komitet, wydał komunikat o niepodejmowaniu walk ulicznych.

- Okazało się, że system PRL, mimo kryzysu, jest w stanie skoncentrować znaczące siły i skutecznie uderzyć…

- Przecież przygotowania zaczęły się już w 1980 roku, Generałowie zdawali sobie sprawę, że powodzenie zaplanowanej operacji wprowadzenia stanu wojennego zależało od zmasowanego uderzenia i od sprawności podległych MSW i MON oddziałów. Po stronie Czesława Kiszczaka leżało skoordynowanie działań WSW i SB w pierwszych godzinach stanu wojennego. Poprowadzono przeciwko nam czołgi, wojsko i milicję, a nazwano kryptonimami „Jodła”, „Azalia” oraz „Klon”. „Jodła” polegała na zatrzymaniu działaczy „Solidarności”, Okazało się to tym łatwiejsze, że w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku prawie całe kierownictwo „Solidarności” było w Gdańsku na obradach Komisji Krajowej. Potem nieświadomi zagrożenia rozchodzili się do domów lub do hoteli. Kilku, Władysław Frasyniuk, Zbigniew Bujak, Jan Olszewski i Zbigniew Romaszewski, wsiadło przed północą do pociągów.

- Wnet kraj został sparaliżowany siłą…

- Odcięto łączność w operacji o kryptonimie „Azalia” i wprowadzono pełną kontrolę i cenzurę korespondencji. Zastraszano ludzi. Trwało polowanie na naszych kolegów. Ów „Klon” to były prowadzone przez SB rozmowy ostrzegawcze. Z tymi, których nie zamknęli.

- W Gdańsku najważniejszą sprawą było opanowanie Stoczni Gdańskiej im. Lenina?

- Tak, bo WRON chciała spacyfikować buntownicze nastroje. 13 grudnia w stoczni byli Alojzy Szablewski, Staszek Fudakowski. Szymon Pawlicki i inni, Powołali Regionalny Komitet Strajkowy. Dołączyli też ludzie z ogólnopolskiego Komitetu Strajkowego z Portu. Byli w nim m.in. Mirosław Krupiński, wiceprzewodniczący „Solidarności”, Andrzej Konarski, Eugeniusz Szumiejko, Jan Waszkiewicz i ja. W nocy nastąpił szturm kilku kompanii ZOMO i komandosów na Rejon I Portu Gdańskiego. Nas, czyli mnie i kolegów, byli też Antoni Grabarczyk i Andrzej Michałowski, nie złapano. Trwaliśmy przez tydzień w porcie, domagając się zwolnienia więźniów i zniesienia stanu wojennego. W końcu nas wyłapano i aresztowano. Zdołaliśmy jeszcze zorganizować pieniądze dla represjonowanych, przygotowywać „Portowca”. Potem to już było więzienie do 1983 roku. Spacyfikowano nas i zmilitaryzowano. Tak się stało w Rafinerii Gdańskiej, w Wojewódzkim Przedsiębiorstwie Komunikacji i w innych zakładach.

- Po transformacji ustrojowej z 1989 roku nie było dla was miejsca? Po cóż było tworzyć Stowarzyszenie w 1993 roku, skoro były tak liczne partie polityczne?

- W tym uczestniczyłem od 1989 roku, ale od razu widziałem zaprzyjaźnienie się części naszych kolegów z dawną partyjną elitą PZPR. Ta fraternizacja biła nas po oczach. Nie o to żeśmy walczyli. Nie mogliśmy tego zdzierżyć. Chociaż może i zrozumieć byśmy i próbowali, ale po co? Mieliśmy sami sobie powiedzieć, że i tak PZPR przetrwała w innej formule, że ma wpływy, czyli ZOMO zrealizowały swe zadania? Przecież nie do pomyślenia. Musieliśmy więc skrzyknąć ludzi, naprawdę godnych, którzy nie wsiedli do tramwaju z zaszczytami, którzy znaleźli się na bocznym torze. „Godność” powstała w opozycji do bratających się z „czerwonymi”. Już we wrześniu 1989 roku, po pierwszym posiedzeniu Sejmu jeszcze PRL, rozmawiałem z przewodniczącym naszego klubu OKP, Bronisławem Geremkiem i zrozumiałem, że jest już inne podejście do PZPR. Tych układów było co niemiara. Brylowali w tym dziwacznym  spoufalaniu Adam Michnik, Bronisław Geremek, a nawet Bogdan Borusewicz. Po drugiej stronie okazało się, że są przyjaciółmi i Cimoszewicz, i Kwaśniewski. Generał Jaruzelski został prezydentem. A my byliśmy już ci „obcy”. Trzeba było więc ratować „Solidarność” i idee, za które ludzie poświęcali zdrowie, wolność i życie. Przychodziliśmy 13 grudnia, rok w rok, przed północą pod pomnik Poległych Stoczniowców, by upomnieć się o sprawiedliwość, by przypomnieć, że zbrodnie na własnym narodzie muszą być osądzone, że musi być granica, wyraźne rozgraniczenie, między katami a ofiarami. Dzisiaj z trudem dochodzimy do sprawiedliwości. Trudno jest, ale jednak warto…

Rozmawiał Artur S. Górski

Download PDF
Powrót Drukuj stronę