Fotoradary i deszczówka napełnią wirtualny budżet rządu Tuska

Drżyjże kierowcy i właściciele dachów. Minister finansów, wsparty przez ministra transportu, budownictwa i gospodarki morskiej rozpoczynają polowanie. Powód – za mało płacimy za mandaty i deszczówka musi być opodatkowana. To nie żart kabaretowy. To pomysły na pozyskanie miliardów złotych na inwestycje, obiecanych przez premiera Donalda Tuska w jego piątkowym exposé, który ogłosił, że wpompuje w aktywna walkę z kryzysem dodatkowe 800 miliardów złotych.

Konstruując budżet rząd zakładał wpływy w niebagatelnej kwocie 1,2 mld zł z mandatów z fotoradarów. Szacunki okazały się „przestrzelone”.  Do końca września kierowcy zapłacili niespełna 16 milionów zł. Gigantyczne wpływy z fotoradarów błędnie oszacowały Inspekcja Transportu Drogowego oraz Ministerstwo Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej, kierowane przez gdańskiego posła PO Sławomira Nowaka. Urzędnicy obliczyli mozolnie, że 300 nowych urządzeń rejestrujących zrobi zdjęcia kierującym z nadmierną prędkością na 1,2 mld zł. Cóż, inercja urzędników zrobiła swoje i przetargi rozstrzygnięto z opóźnieniem, instalacja fotoradarów   trwa, a pozbawiona skoordynowanego systemu informatycznego inspekcja i policja obrabiają dokumentację „ręcznie”.   Jak podało RMF FM Ministerstwo Finansów obniżyło zatem prognozę wpływów z mandatów z fotoradarów na ten rok do 800 mln złotych. To 50 razy więcej, niż zapłacono przez 9 miesięcy tego roku. Przydrożnymi miernikami prędkości od ponad roku zajmuje się Inspekcja Transportu Drogowego. Nadal jednak większość mandatów za prędkość  wystawia policja drogowa. Funkcjonariusze drogówki przemieszczają się  400 nieoznakowanymi autami z wideorejestratorami.

Są też fotoradary w miastach i gminach, „pracujące” na rzecz gmin – inaczej niż policyjne i  ITD. Pieniądze z tych fotoradarów zasilają konta gmin i powinny trafiać na poprawę bezpieczeństwa.

Tymczasem Tomasz Połeć, szef Inspekcji Transportu Drogowego, który wykorzystywał superszybki wóz patrolowy do przejażdżek po stolicy otrzymał od ministra Sławomira Nowaka…upomnienie. Nagana, czy kara finansowa go nie spotka.  Minister ujawnił to na swoim koncie na Twitterze. Oczywiście upomnienie nie za zaniedbania, o nie. A za co? Za to, że dziennikarze ustalili, iż Połeć jeździ po Warszawie superszybkim samochodem patrolowym (2,8-litrowy trzystukonny silnik, napęd na 4 koła), kupionym do ścigania piratów drogowych. Z jaką prędkością? Ano szybciej jeździłby rowerem. Warszawa ma bowiem dobre drugie miejsce w rankingu najbardziej zatłoczonych i źle skomunikowanych miast. Ustępuje li tylko Stambułowi. Kierowcy rocznie spędzają tam w korkach 11 dni.   Samochód, którym jeździł inspektor Połeć, wzmocni teraz biuro od spraw fotoradarów. We wtorek rano minister Nowak oświadczył, iż uważa sprawę bolidu używanego przez Połcia za zamkniętą.

To nie koniec polityczno-urzędniczej inwencji. Zanosi się, że  trzeba będzie też zapłacić podatek od…deszczówki. Jego wysokość ma, według projektu PO, zależeć od powierzchni dachu. Im dach większy – tym danina większa. Po fakturach za gaz, prąd, wywóz śmieci, czeka nas płacenie rachunku za… deszcz. Takie plany ma partia władzy Platforma Obywatelska. Podatek pobierany od wód opadowych, kierowanych do kanalizacji z dachów budynków ma ratować samorządowe finanse. Posłowie Platformy przygotowali nowelizację przepisów, które umożliwią gminom pobieranie tego podatku. Póki co deszczówka nie jest traktowana jako ściek, a  n zatem i opłata nie może być naliczana.

ASG

Download PDF
Powrót Drukuj stronę