Dobry czas na podnoszenie wynagrodzeń

Rozmowa z Krzysztofem Doślą, przewodniczącym Zarządu Regionu Gdańskiego NSZZ „Solidarność” 

krzysztof_dosla-01-2017

– 24 listopada Sejm przyjął ustawę wprowadzającą ograniczenia w handlu w niedziele. To kolejny punkt zrealizowany z programu „Solidarności”.

– Niewątpliwie wprowadzenie ograniczeń w handlu w niedziele należy traktować jako sukces, choć na pełne wprowadzenie ograniczenia, a więc realizację postulatu „Solidarności”, musimy trochę poczekać. Po wielu latach udało się odwrócić tendencje i dotrzeć do decydentów politycznych z postulatem ograniczenia pracy w niedziele. Przez lata dominowała liberalna doktryna, według której pracownik najemny powinien pracować siedem dni w tygodniu i być wdzięczny za to, że otrzymuje wynagrodzenie. Tak to, niestety, po 1989 roku wyglądało. Zachłysnęliśmy się wolnością i swobodą działalności gospodarczej, bezkrytycznym przyjęciem wszystkiego, co głosiły pewne doktryny ekonomiczne. Takie postępowanie wymuszały między innymi wielkie sieci handlowe i koncerny globalne, które chciały, aby jak najszybciej zwróciły się im nakłady poniesione na inwestycje. Wykorzystywano sytuację społeczną i ekonomiczną biednego społeczeństwa, które w zamian za nawet najmniejsze wynagrodzenie gotowe było pracować po 12, a i 16 godzin na dobę, przez siedem dni w tygodniu.

– Nadal jesteśmy w ścisłej światowej czołówce, jeżeli chodzi o liczbę przepracowanych godzin w roku.

– To nie bierze się znikąd. Jest to charakterystyczne dla społeczeństw – mówiąc najoględniej – dorabiających się. Mamy wreszcie możliwość zapracowania na mieszkanie, na samochód czy innego rodzaju dobra, jednak musimy więcej pracować niż robią to nasi sąsiedzi. W przypadku Polski zdecydowana większość obywateli zarabia poniżej średniej, niewielka jest liczba osób bardzo bogatych. Nadal jest tak, że ten wyższy podatek dochodowy płaci 6 procent, a ponad 90 procent – w najniższym wymiarze. Oczywiście oznacza to, że bogatym społeczeństwem nie jesteśmy. No i te dwie krzywe na wykresie obrazujące ilość czasu pracy i możliwość bogacenia się – nie mogą się do siebie zbliżyć.

– Problemy, z którymi się obecnie stykamy, mają źródło w błędnych zasadach „założycielskich” ustroju, który budowaliśmy po 1989 roku.

Jako społeczeństwo daliśmy się uwieść liberalnej ideologii. Określone ośrodki opiniotwórcze promowały pracę w niedzielę i zatrudnianie na umowach cywilnoprawnych czy w postaci samozatrudnienia, czyli wszystko to, co niszczyło rzeczywistą i uczciwą konkurencję. Dopiero teraz dochodzimy do tego, że konkurowanie powinno polegać przede wszystkim na stosowaniu nowoczesnych technologii, konkurowanie tym, że mój produkt będzie lepszy, wykonany szybciej i taniej – a nie poprzez tańszą siłę roboczą. Te wszystkie patologie kumulują się w dużych sieciach handlowych, w których np. pracownicy na kasach – głównie kobiety – siedzieli na umowach o dzieło. Przerzucali tony produktów, mając na zeskanowanie jednego mniej niż sekundę. Efektywność placówek była liczona na podstawie zysku z jednego metra kwadratowego. Niestety, to patologiczne podejście do gospodarki miało też wpływ na nasze życie. Możemy mówić o całym pokoleniu, które zostało wychowane w ten sposób, że nie wyobraża sobie, aby dzień wolny od pracy mógłby być spędzony inaczej, niż w galerii handlowej.

– Jednak ostatnie badania CBOS-u pokazują, że 58 procent ankietowanych jest za wolnymi niedzielami w handlu.

– Na szczęście jest istotna część społeczeństwa, która ma trzeźwy osąd sytuacji i zachowała w sobie sporą dozę empatii. Jest w stanie zrozumieć, że skoro ja przychodzę do sklepu w niedzielę, to oznacza to, że ktoś po drugiej stronie musi ciężko pracować. Tym bardziej że często okazuje się, iż pracownicy nie otrzymują odpowiedniej rekompensaty za pracę w niedzielę. Nierzadko również się zdarza, że w regulaminach pracy w sklepach wielkopowierzchniowych są zapisy, że pracownicy są zobowiązani do pracy przez trzy niedziele w miesiącu. Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, jak dezorganizuje to życie w każdym aspekcie. A przypomnijmy sobie 21 postulat z Sierpnia 1980. Walczyliśmy wtedy o wolne soboty, a po 1989 roku przekonywano nas, że trzeba pracować i w niedziele. Dzisiaj musi nastąpić refleksja i mam nadzieję, że będzie na nią czas przez te dwa lata, kiedy ograniczenie handlu będzie stopniowo wprowadzane. Trzeba mimo wszystko powiedzieć, że jest to sukces Związku, oczywiście będą niezadowoleni, bo dlaczego nie od razu, ale uważam, że należy się cieszyć tym, co udało się osiągnąć. Oczywiście należy przypilnować, żeby nie zostało to zaprzepaszczone. Mam też nadzieję, że ograniczenie handlu w niedziele obwarowane zostanie odpowiednimi przepisami, przeciwdziałającymi próbom jego obejścia. No i na koniec – wierzę, że nikomu nie przyjdzie do głowy, żeby te ograniczenia w przyszłości znieść.

– 2017 rok można uznać za dobry dla pracowników. Oprócz ograniczenia handlu w niedziele udało się zrealizować kilka innych postulatów zgłaszanych przez „Solidarność”.

– W sprawach pracowniczych nastąpił przełom, choć na co dzień wciąż mamy do czynienia z łamaniem przepisów prawa pracy czy BHP. Warto jednak zauważyć, że z istotnych postulatów sformułowanych przez Związek przywrócone zostały rozwiązania dotyczące uprawnień emerytalnych i prawa do przechodzenia na emeryturę w wieku 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn. Weszła również długo oczekiwana zmiana w kodeksie pracy, mówiąca, że każdy pracownik, który podejmuje zatrudnienie, musi otrzymać na piśmie warunki zatrudnienia przed przystąpieniem do pracy. Mijający rok to pierwszy rok obowiązywania minimalnej stawki godzinowej na umowach cywilnoprawnych. Na ukończeniu są też prace nad ustawą o związkach zawodowych. Są tam zawarte propozycje, na które czekamy: chodzi o możliwość zrzeszania się w związku zawodowym pracowników zatrudnionych na podstawie umów cywilnoprawnych czy samozatrudnionych.

– A czego nie udało się w mijającym roku zrealizować?

– W 2017 roku w sposób istotny została podniesiona płaca minimalna. Dawało to szanse na realizację w ciągu kilku lat naszego postulatu o tym, że płaca minimalna będzie stanowiła 50 procent średniej płacy krajowej. Niestety, propozycje przyjęte na 2018 rok nas od tego celu oddalają. Naszym zdaniem warto wykorzystać wzrost gospodarczy na podniesienie wynagrodzeń. Teraz jest najlepszy okres dobrych systemów wynagradzania. W 2017 roku została przeprowadzona trudna reforma w oświacie. Nie jesteśmy zadowoleni ze sposobu przeprowadzenia tej reformy, szczególnie jeśli chodzi o dialog z partnerami społecznymi i uwzględnienie ich postulatów.

– Podstawową formą rozwiązywania problemów w krajach demokratycznych jest dialog społeczny. Czy pod rządami dobrej zmiany poprawiło się funkcjonowanie dialogu społecznego w Polsce?

– Cały czas wracają słowa, które mówił na ostatniej audiencji dla „Solidarności” Jan Paweł II, że niezależnie od tego, kto będzie rządził, to problemy robotników, rolników, nauczycieli, pracowników służby zdrowia trzeba będzie rozwiązywać. Wraz ze zmianą rządu nie stało się tak, że na wszystkie urzędy przyszli ludzie, dla których dialog społeczny jest istotną wartością, jako środek służący do dochodzenia do najlepszych rozwiązań. Również wśród wielu pracodawców pokutuje przekonanie, że najprościej osiągnąć zysk oszczędzając na pracownikach. Wciąż w wielu zakładach płace nie są adekwatne do wartości wykonanej przez pracownika pracy. W listopadzie odbył się protest w jednej z placówek służby zdrowia w naszym województwie, gdzie bardzo duża grupa pracowników, pracująca w pełnym wymiarze czasu pracy, otrzymuje dopłatę do najniższego wynagrodzenia. W wielu zakładach pracy dominującą formą zatrudnienia jest wciąż umowa cywilnoprawna, samozatrudnienie czy praca poprzez agencje pracy tymczasowej. Dzisiaj, co jest zresztą fenomenem roku 2017, bezrobocie spadło do poziomu najniższego od początku przemian ustrojowych. I raptem pracodawcy załamują ręce, że brakuje rąk do pracy. A brakuje, bo wielu pracodawców nadal nie traktuje pracownika jako podmiotu, ale jako przedmiot i uważa, że pracownik powinien pracować za minimalne wynagrodzenie. Gdyby dialog społeczny, ten instytucjonalny, był na poziomie nas satysfakcjonującym, to pewnie wielu dzisiejszym problemom udałoby się zapobiec.

– Wielu z tych pracodawców szuka tańszych pracowników wśród obcokrajowców, szczególnie z Ukrainy.

– Mamy do czynienia ze zjawiskiem właściwym dla krajów szybko rozwijających się. Pojawiła się dysproporcja między szybko rozwijającą się gospodarką a wynagrodzeniami za pracę. Z jednej strony jest duża liczba pracowników zagranicznych na rynku polskim, z drugiej dwa miliony Polaków pracujących za granicą i podobnej wielkości liczba Polek i Polaków biernych zawodowo. W naszym województwie biernych zawodowo jest ponad 100 tysięcy osób, przy bezrobociu 50-tysięcznym. Oznacza to, że jest olbrzymia rezerwa na rynku pracy. Nie za wszystko pewnie dzisiaj można zapłacić tyle, ile pracownik by oczekiwał, natomiast z drugiej strony pracodawcy muszą zrozumieć, szczególnie ci, co skarżą się, że brakuje im pracowników, że dzisiaj są tylko dwie ścieżki dochodzenia do sukcesu: pierwsza to godziwe wynagrodzenie, adekwatne do wykonywanej pracy, i druga – nowoczesne, innowacyjne i dobrze zorganizowane stanowisko pracy. Chodzi tu o konkurowanie tym, czym konkuruje cały świat, żeby efektywność ośmiu godzin pracy pracownika była zbliżona do efektywności osiąganej w tych państwach, do których pretendujemy. Tu są największe rezerwy i trzeba zrozumieć, że obecnie wyczerpały się możliwości konkurowania niskimi kosztami pracy i budowania na tym sukcesu gospodarczego.

– Czy pracownicy z Ukrainy nie wpływają hamująco na wzrost płac w Polsce?

– Obywatele Ukrainy to około 90 procent obcokrajowców zatrudnianych w polskich zakładach pracy i ich oczekiwania płacowe też będą rosły. Niegodziwe jest żerowanie na uboższych i wypłacanie niegodziwych wynagrodzeń. Pewno będą się zdarzały przypadki takiego wykorzystywania czy wręcz niewolniczej pracy, bo takie przypadki i w Polsce mają miejsce. Trzeba mieć nadzieję, że taka patologia stanowić będzie tylko margines. Rok 2017 to też pewien przełom w myśleniu. Do wielu, a mam nadzieję, że do większości dotarło, że pracownik jest wartością i podmiotem, i że warto w pracownika inwestować. Niestety, wciąż jesteśmy państwem w Europie, w którym są ponoszone najniższe nakłady ze wszystkich państw europejskich na podnoszenie kwalifikacji pracowników.

 

– Wróćmy do dialogu społecznego. Czy i tutaj źródłem niepowodzeń są błędy popełnione na początku transformacji ustrojowych?

– Zacznijmy od tego, że „Solidarność” swoją tożsamość zbudowała na dialogu. Dzięki dialogowi, uporowi i konsekwencji osiągnęliśmy sukces, ale po 1989 roku zachwyciliśmy się kolorowym Zachodem. Wydawało się nam, że wszystko już zostało zrobione i teraz to już tylko będziemy czerpali korzyści. Daliśmy się złapać na coś, co już dawno temu Mikołaj Kopernik zdefiniował w postaci pierwszej monetarystycznej teorii, że zły pieniądz wypiera dobry pieniądz. To złe praktyki, które do nas jako pierwsze dotarły, wyparły te dobre, co więcej, te dobre się u nas nigdy nie zakorzeniły. I tak znowu od zera próbujemy budować dialog, bo przecież pod koniec rządów poprzedniej koalicji przez dwa i pół roku instytucjonalny dialog w ogóle nie funkcjonował. Dzisiaj też nie umiemy wspólnie ze stronami do końca zdefiniować, czym ten dialog ma być. My jako związkowcy wiemy, czemu dialog ma służyć, ale po drugiej stronie niekoniecznie jest takie otwarcie i zrozumienie. To jedna z przyczyn wielu konfliktów, które mają obecnie miejsce. Wydawało się nam, że być może zmiana polityczna w państwie, kiedy dochodzi do władzy ugrupowanie prezentujące poglądy prospołeczne i propracownicze, odmienne od tego, co prezentowali poprzednicy, pozwoli na skuteczny dialog i szybkie eliminowanie patologii. I dlatego dysonansem są sytuacje, kiedy przewodniczący organizacji związkowych są wyrzucani z pracy, bo głośno mówią o problemach pracowników i że ośmielają się krytykować pracodawcę. Nadal szykanuje się pracowników w wielu zakładach pracy, często za to, że myślą o przystąpieniu do związku zawodowego bądź też są jego członkami. Polega to np. na pomijaniu przy premiowaniu, braku awansu. Więc nadal mamy do czynienia z łamaniem przepisów prawa pracy, łamane są porozumienia i układy zbiorowe. Jest też niechęć do zawierania takich układów i kształtowania relacji w duchu dialogu społecznego.

– Jak w tym kontekście wpisuje się nowa formuła dialogu społecznego, czyli Wojewódzka Rada Dialogu Społecznego?

– Obecnie, jako przedstawiciel jednej ze stron dialogu, kieruję radą. Wkrótce przewodnictwo nad WRDS przekażę wojewodzie pomorskiemu. Po roku sprawowania funkcji czuję duży niedosyt wynikający z tego, że nadal jako partnerzy społeczni znacznie się różnimy. Różne jest nasze pojmowanie tego, czym jest dialog. Z drugiej strony dobrze, że w ogóle jest taka płaszczyzna, gdzie możemy się spotkać i próbować porozumieć. Reprezentujemy organizacje – wydawałoby się – o rozbieżnych celach, a jednak potrafimy ze sobą rozmawiać, w wielu przypadkach są rozładowywane sytuacje konfliktowe, jednak wydaje się to niewystarczające.

– Może to kwestia uprawnień WRDS?

– Tak, ale dialog co do zasady powinien być oparty na próbie wzajemnego zrozumienia. Dialog ma być formułą wykraczającą poza sztywny gorset przepisów. Aby ten dialog realizował pewne podstawowe cele społeczne, czyli zapobiegał powstawaniu konfliktów, czy też służył do ich rozwiązywania, to w tym momencie prawidłowo rozumiany dialog ma być dyskursem prowadzonym po to, aby ten konflikt rozwiązać lub mu zapobiec. I tu jedna i druga strona musi szukać sposobów na rozwiązanie problemu. My jako związkowcy też funkcjonujemy według pewnych schematów, mamy swoje przyzwyczajenia i często do przedsiębiorcy podchodzimy jak do przeciwnika, to nie ułatwia dialogu. Więc długa droga przed nami. Jak ktoś myślał, że ustawa o radach dialogu społecznego rozwiąże wszystkie problemy i dialog zakwitnie, to był w błędzie. Tego dialogu cały czas się uczymy, nie potrafiliśmy go zbudować po 1989 roku, a dzisiaj widzimy, że jesteśmy nieco zapóźnieni w stosunku do tych państw europejskich, do grona których chcemy aspirować.

– Czego życzy Pan związkowcom na nowy rok?

– Kończy się rok i kolejna kadencja funkcjonowania naszego Związku, będą wybrani nowi działacze związkowi na najbliższe cztery lata. Trzeba określić najistotniejsze do rozwiązania sprawy. Inne są priorytety na różnych szczeblach, czy to zakładów pracy, czy na poziomie Regionu i województwa. Jednak nie możemy zapominać o sprawie podstawowej, że nasze działanie ma służyć drugiemu człowiekowi. Mam nadzieję, że w przyszłym roku doczekamy się nowej ustawy o związkach zawodowych i projektu nowego kodeksu pracy, który będzie satysfakcjonujący dla pracowników. Mam też nadzieję, że zmieni się podejście pracodawców do wynagradzania pracowników. Myślę tutaj nie tylko o przedsiębiorcach, ale także o rządzących, którzy są pracodawcami dla pracowników sfery budżetowej. Liczę na poprawę sytuacji pracowników administracji publicznej, oświaty czy służby zdrowia. Niezbędny jest zdecydowany ruch zwiększający nakłady na te obszary. Nie można doprowadzić do sytuacji, gdy będziemy społeczeństwem, które się będzie pauperyzować, a nie bogacić. Mam nadzieję, że po wyborach Związek będzie silniejszy i sprawniejszy, ale też niezapominający o tym, co legło u podstaw jego powstania. Solidarność w nazwie zobowiązuje.

Rozmawiała Małgorzata Kuźma

Download PDF
Powrót Drukuj stronę