Czy potrafimy się sami rządzić?

Program NSZZ „Solidarność”, uchwalony przez I Krajowy Zjazd Delegatów 7 października 1981 r., nosił tytuł „Samorządna Rzeczpospolita”. Wynikał z przekonania, że państwo ma służyć człowiekowi, a nie nad nim panować. W sytuacji dominacji PZPR   oraz obecności Polski w Układzie Warszawskim tylko samorządy, szczególnie te pracownicze, wydawały się jedyną drogą do uchwycenia przyczółków do zmian gospodarczych i społecznych.  

Pierwsze wolne wybory w powojennej Polsce odbyły się 27 maja 1990 r. Wybieraliśmy przedstawicieli do organów samorządu terytorialnego. Komitety Obywatelskie „Solidarność” zdobyły w nich aż 53,1 proc. głosów.

W niedzielę, 16 listopada br. na Pomorzu i Powiślu wybierzemy rady 16 powiatów i 123 gmin, 81 wójtów, 35 burmistrzów i 7 prezydentów miast oraz skład Sejmiku Województwa Pomorskiego.

W całej Polsce wybierzemy naszych przedstawicieli do 2826 rad miast i gmin.

Do obsadzenia w gminach jest 39 536 mandatów radnych. Do rad powiatów wybierzemy
6276 radnych powiatowych, do sejmików – 555 radnych wojewódzkich oraz 1565 wójtów, 806 burmistrzów i 106 prezydentów miast. Jeśli gdzieś będzie konieczna druga tura wyborów, odbędzie się ona 30 listopada br.

Czy jednak umiemy się „samorządzić”? Czy wybieramy najlepszych spośród nas?  Samorządy dotknęło swoiste „zacementowanie”, przez które trudno przebijają się ci, którzy nie uczestniczyli w pierwszej fazie transformacji ustrojowej i w pierwszych dwóch kadencjach lat 1990-98?

Ład samorządowy

Dzisiaj samorządy gminne, powiatowe i wojewódzkie są istotną częścią ładu państwowego.   Prezydenci miast, burmistrzowie i wójtowie są pracodawcami dla setek tysięcy urzędników, nauczycieli i pracowników spółek komunalnych.  Same miasta wojewódzkie są właścicielami około 280 spółek. W dwunastu największych miastach powstaje ponad 40 procent polskiego PKB.

Są okręgi, gdzie to urzędy gmin i starostwa są największymi pracodawcami. Znaczne jest też zatrudnienie w największych urzędach. Urząd Marszałkowski Województwa Pomorskiego zatrudnia 897 osób, w Urzędzie Miejskim w Gdańsku pracuje 1116 osób.

Podstawowym zadaniem gminy jest zaspokajanie potrzeb wspólnoty lokalnej. Samorząd ma sens, jeżeli ma autonomię finansową. Realizacja zadań własnych wymaga zapewnienia koniecznych środków finansowych na ich realizację z dochodów własnych gminy lub subwencji państwa.

W przyszłym roku samorządowi włodarze zainwestują ponad 10 mld zł. Jednak samorządowcy się skarżą, że władze centralne narzucają coraz więcej zadań, nie dając środków finansowych na ich realizację. Stąd wyprowadzanie części zadłużenia do spółek z udziałem gmin.

Nieobecny nie ma racji 

Samorządowcy mają stosunkowo wysoki (43-47 proc.) poziom zaufania społecznego. Ustępują wojsku, prezydentowi RP i Kościołowi, ale wyprzedzają sądy, rząd i Sejm.

Mimo że lokalna władza „leży na ulicy”, by oddać głos na swego przedstawiciela idzie co drugi uprawniony Polak. Pozostałym najwyraźniej nie chce się poświęcić kwadransa, by wskazać, kto powinien decydować o lokalnych podatkach, komunikacji, sieci szkół, utrzymaniu dróg itd.

Frekwencja w wyborach samorządowych w kraju w 2010 r. wyniosła 47,32 proc. W województwie pomorskim była na poziomie 46,73 proc. (najwyższa w powiecie kościerskim – 58,73 proc.). W Gdańsku do urn poszło 39,76 proc. wyborców. W Gdyni – 46,93 proc. W Sopocie, ze względu na pojawienie się nowego komitetu wyborczego i rywalizację o fotel prezydenta, frekwencja wyniosła 56,91proc.

Samosprawdzająca się prognoza

Pojawił się nowy zawód. To radny, wójt, marszałek, prezydent miasta. Są w woj. pomorskim tacy samorządowcy, którzy mają dossier samorządowej kariery liczone nie na 24 lata, a o wiele dłużej, bo zaczynali jako naczelnicy miast i gmin.

Marszałek województwa pomorskiego Mieczysław Struk (PO) zaczął swoją karierę u schyłku PRL, kiedy jako 27-latek w 1988 r. objął funkcję naczelnika Jastarni na Półwyspie Helskim.

Starogardem Gdańskim, miastem z tradycjami gospodarczymi i silną pozycją Kościoła, rządzi od ośmiu lat Edmund Stachowicz (SLD), który zaczynał jako I sekretarz Komitetu Gminnego PZPR w pobliskich Skarszewach, a od 1982 do 1990 r. był etatowym pracownikiem KW PZPR w Gdańsku. Z kolei Słupskiem rządzi od 2002 roku Maciej Kobyliński, ostatni prezydent tego miasta w czasach PRL.

Od jesieni 1989 r., po wyborze przez Gminną Radę Narodową, swoją funkcję począwszy od naczelnika po wójta gminy pełni Zbigniew Walczak w Gniewinie.W Kosakowie funkcję pełni od lat 80. naczelnik gminy, a od 1990 r. wójt Jerzy Włudzik.

Nowa rzeczywistość też wyłoniła swoich liderów. Od 1998 r. prezydentem Gdyni jest Wojciech Szczurek. Bezapelacyjnie wygrywał w kolejnych wyborach. I tak w 2002 r. zdobył 77,26 proc. poparcia. W 2006 r. Szczurek (był wówczas doradcą prezydenta Lecha Kaczyńskiego do spraw samorządu) ponownie wygrał w pierwszej turze, zdobywając 85,81 proc. głosów. W wyborach w 2010 r. został wybrany na czwartą kadencję, otrzymując 87,39 proc. głosów.

Od 1998 roku władzę w Chojnicach sprawuje Arseniusz Finster.

Prezydent Gdańska Paweł Adamowicz (PO) ponownie, już po raz piąty, będzie ubiegał się o fotel prezydenta Gdańska. Polityczna pozycja gdańskiego włodarza w macierzystej PO jest determinowana prezydenturą w Gdańsku. W samorządzie działa od 1990 r. W 1998 r. został wybrany przez gdańskich rajców na prezydenta Gdańska. W 2010 r. otrzymał poparcie 53,77 proc. wyborców.

Część trójmiejskich mediów już odtrąbiła wyborczy triumf urzędujących prezydentów. Wyborcy, ci mniej wyrobieni, kierują się bowiem zasadą wyłożoną przez inżyniera Mamonia z „Rejsu”: „Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem”. Zagościła ona – jak widać – też w polityce. Prezydenci miast i marszałkowie województw dostają bowiem bonus od wyborców za sam fakt bycia włodarzami.

Jak to się robi w Gdańsku

Gdańszczanom (lub raczej większości wyborców przy stosunkowo niskiej, nie przekraczającej 40 proc. frekwencji) nie przeszkadza, że od 2005 r. prezydent Gdańska, którego obowiązkiem jest dbałość o interesy miasta, bo do tego został przez mieszkańców wynajęty, dorabia do pensji urzędnika w radach nadzorczych Zarządu Morskiego Portu Gdańsk SA i Gdańskiego Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej sp. z o.o.

Niemrawo toczy się dyskusja publiczna nad gospodarowaniem mieniem komunalnym. I tak na przykład w 2004 r. miasto Gdańsk wyzbyło się większości udziałów w GPEC za 183,8 mln zł. Nabyła je komunalna spółka z dawnego NRD, z Lipska. Ekipa Adamowicza i on sam okrzyknęli to „prywatyzacją”. Kwota ze sprzedaży firmy równa jest li tylko… czterokrotnej dywidendzie z zysku, która za 2013 r.  wpłynęła do lipskiej kasy (8,5 mln euro z tytułu dywidendy i dodatkowy bonus – 2,4 mln euro za zysk z lat ubiegłych). GPEC osiągnął bowiem w ub.r. zysk 44,4 mln zł. Niemieccy właściciele Grupy Kapitałowej GPEC, czyli  Stadtwerke Leipzig GmbH, mogli więc czuć się usatysfakcjonowani. Saksończycy sfinansują za to swój budżet obywatelski, baseny, bilety, ogród zoologiczny i planują dalszą ekspansję na rynku ciepła. A wszystko to na mieniu komunalnym i podstawowych usługach dla ludności, jak zaopatrzenie w ciepłą wodę i ogrzewanie. Paradoksalnie więc, im lepsze wyniki GPEC, tym gorsza jest ocena decyzji Adamowicza i gdańskich radnych sprzed dziesięciu lat.

Sprzedaż wody z kranu 450 tysiącom klientów jest działalnością najprostszą z możliwych, bo pozbawioną jakiejkolwiek konkurencji. Jednak i gdańska woda w kranach należy do „obcych”. Saur Neptun Gdańsk wchodzi w skład francuskiej grupy SAUR International.   Spółka odnotowuje od lat wzrost zysków. W 2012 roku francuski właściciel SNG (51 proc. akcji) odnotował zysk netto 20 mln zł. Do Saur International popłynęła dywidenda – 10 mln zł, a 2013 rok spółka zamknęła na plusie 16,8 mln zł, a właściciel gdańskiej wody z podparyskiego Guyancourt zaliczył 8,4 mln zł z tytułu dywidendy.

Nadal czekamy na transparentność procesu negocjowania cen wody. Ten bowiem ciągle jest niejawny.

Rozciągliwe standardy lokalnej polityki

To w Gdańsku działał nieskrępowanie parabank Amber Gold i dopiero zwinięcie skrzydeł przez OLT Express nadało sprawie piramidy finansowej rozgłos, choć tajemnicą poliszynela były machinacje finansowe, a Komisja Nadzoru Finansowego ostrzegała o wątpliwej kondycji przedsięwzięcia i braku wystarczających zabezpieczeń środków finansowych powierzonych Amber Gold. Inwestorów kusiły gigantyczne reklamy w mediach i billboardy wiszące na gdańskich budynkach w prestiżowych miejscach.  Sam Adamowicz miesiąc przed skandalem 8 maja 2012 r. z entuzjazmem wyrażał się o inicjatywach i innowacyjności Amber Gold. 12 grudnia 2011 r. pomorscy luminarze życia publicznego, m.in. prezydent Adamowicz, marszałek Mieczysław Struk, senator Roman Zaborowski (wszyscy z PO), po płycie lotniska w Gdańsku Rębiechowie przeciągali linę z uczepionym do niej samolotem Fokker 100 należący do firmy Marcina P. – OLT Express, która została powołana w 2011 r. przez grupę Amber Gold. Gdyby w akcji promocyjnej prywatnej firmy o takiej proweniencji brali udział burmistrz Klaus Wowereit lub mer Anne Hidalgo, pakowaliby nazajutrz walizki.

Czy przekona opozycja?

Edukacja to nie towar! – słychać z różnych środowisk. Głównie tych związkowych.

W Gdańsku prowadzony jest bowiem pilotażowy model przenoszenia publicznego szkolnictwa w ręce tzw. operatorów, spółek z o.o., nastawionych z definicji na zysk. Zmieniają się też zasady zatrudnienia nauczycieli. Opozycja protestuje. Na razie bez skutku.

A przecież przekazanie samorządom terytorialnym (a nie osobom fizycznym lub prawnym) przedszkoli i szkół miało na celu zapewnienie nieskrępowanego dostępu do publicznej edukacji, wpisanej w szeroki katalog praw obywateli.

Gdańsk ma też inne wstydliwe bolączki. Zauważają je wyborcy.

– Wyspa Spichrzów nieodbudowana od 1945 roku. Czy jest jakakolwiek dzielnica w centrum miasta w Europie w stanie ruiny od czasów II wojny światowej? Polityka Adamowicza to galerie handlowe w centrum miasta, biurowce na call center i centra usług wspólnych dla niskopłatnej kadry, które można zwinąć w trzy miesiące, przenosząc do dowolnego miejsca na świecie. Euro 2012 wygenerowało koszty i będzie je generować przez kolejne dekady. Stocznię zamknięto i zaorano, na jej miejscu budując muzeum i ewentualne osiedla – komentuje rządy PO w Gdańsku jeden z internautów.

Szpitale spółki z o.o. 

Na ukończeniu jest proces przekształcania wiodących szpitali w spółki prawa handlowego z przenoszeniem na nie majątku, nieruchomości i pracowników. Samorząd województwa pomorskiego, czyli Urząd Marszałkowski zdominowany przez PO, proponuje szpitalom programy naprawcze, opracowywane przez firmy konsultingowe, ograniczenie etatów, zastąpienie umów o pracę kontraktami.

My zaś co chwila słyszymy o dramatycznych sytuacjach, kiedy pacjenci umierają, bo nie otrzymują pomocy w specjalistycznych ośrodkach. Różne spółki grasujące po tzw. rynku usług medycznych proponują „programy naprawcze” oparte o redukcję personelu.

W Europejskim Indeksie Zdrowia (Euro Health Consumer Index) za 2013 rok Polska zajęła 31 miejsce na 35 krajów, spadając rok do roku o cztery pozycje. Średnia europejska to 34 lekarzy na 10 tysięcy mieszkańców. W Polsce to 22 medyków.

– Redukcje zatrudnienia lekarzy i pielęgniarek to niebezpieczny paradoks. Mamy problem niedostatecznej liczby personelu medycznego, zarówno lekarzy, jak i pielęgniarek. Tym, tzw. ekspertom, najłatwiej oszczędzać na ludziach i ciąć zatrudnienie, co nie pozostaje bez wpływu na kondycję szpitali i jakość opieki – mówi prof. dr hab. Piotr Czauderna, kierownik Kliniki Chirurgii i Urologii Dzieci i Młodzieży Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.

Co prawda sprawy zdrowia nie są w większości w kompetencji miasta, ale i tutaj można poprzez rozmaite programy w zakresie profilaktyki zdrowotnej wpływać na ich stan. Niestety, z obecnych programów korzysta tylko 1-2 proc. mieszkańców.

Układ krążenia

Tymczasem kampania samorządowa nabiera tempa. Plakaty wiszą gęsto. W Gdańsku głównie kandydatów PO. Każde miasto jest jak układ krążeniowy.

– Mamy arterie główne, które są w dobrym stanie, ale już dalej, na obwodzie, krążenie obwodowe i włośniczkowe się sypie. Buduje się teatr, stadion, ECS, które trzeba za wiele milionów utrzymywać. To są pomniki władzy, które w ograniczony sposób służą mieszkańcom – dodaje Czauderna.

Okazałe billboardy obwieszczają w Gdańsku o rankingowych sukcesach Gdańska, a w pomorskich mediach przewijają się spoty przechwalających się osiągnięciami pomorskich włodarzy. Dziwny jest na pozór ten wysyp promocji Gdańska w Gdańsku, a Pomorza na Pomorzu. Za miejsca udostępniane na billboardach i za druk całostronicowych reklam trzeba płacić – z miejskiej i wojewódzkiej kasy.

Paweł Adamowicz ma się czym pochwalić, jeśli zmierzyć to miejscami w owych rankingach, a jednocześnie robi to w specyficznym, bo kampanijnym okresie. Może się chwalić cały rok, ale jeśli zaczyna chwalić się na miesiąc przed wyborami, to nie da się ukryć: ma to walor wyborczy – mówi dr Krzysztof Piekarski, politolog z Uniwersytetu Gdańskiego.

Jeśli wyborcy 16 listopada nie pofatygują się do urn, oddając wynik walkowerem, będą mogli się później tylko żalić, że w instytucjach miejskich i w spółkach komunalnych na stanowiskach kierowniczych nie znajdują człowieka niezwiązanego z PO lub PSL.    

 Artur S. Górski

 

Download PDF
Powrót Drukuj stronę