Cymański: Skromny, ale jednak sukces. Z drogi zderzenia państwa socjalnego z neoliberalizmem nie zamierzamy zejść…

Rozmowa z posłem Tadeuszem Cymańskim (Solidarna Polska), byłym burmistrzem Malborka (1990-98) i byłym europosłem 

cymanski1024

Fot. Wikimedia Ccommons

- PiS ma 33 procent poparcia w wyborach do sejmików. To o 4,5 procenta mniej niż w wyborach parlamentarnych, ale o 8 proc. więcej niż w poprzednich wyborach samorządowych. Taka skala poparcia od wyborców i metoda przeliczania mandatów według d’Hondta da nawet samodzielne rządy na Podlasiu, w Małopolsce, na Podkarpaciu, w lubelskiem i w świętokrzyskiem. To dla rządzącej od 3 lat koalicji zadawalający urobek?

- Ależ to jest najlepszy nasz wynik w wyborach samorządowych. Trudno inaczej to nazwać niż sukces. Natomiast jest pewne niedosyt. Jest on moim udziałem, bo z rozmów, jeżdżąc po Polsce, wywnioskowałem, że wynik będzie jeszcze lepszy.

- Solidarna Polska straciła wiceministra i nie zyskała prezydenta stolicy więc Patryk Jaki musiał sam wracać do domu po wieczornym wyborze. Kibice Liverpool FC śpiewają „You’ll Never Walk Alone…”, ale nie zaśpiewa tego kibic Odry i Legii Patryk Jaki…

- On był „Challengerem” (wahadłowiec kosmiczny lub rywal w trudnej misji – dop. red.). Wyszedł walczyć na ring z potęgą i nie był faworytem.

- Tak pan mówi, a liczyliście na sukces w Warszawie, rzucając na kampanię w stolicy masę sił, także propagandowych, do tego komisja do spraw zwrotu kamienic. Wygrana Rafała Trzaskowskiego w pierwszej turze to dla was prztyczek, czy cios?

- Jest ona istotna z powodu symboliki miejsca, ale nie dlatego, że to początek serii wyborów. Podchodzimy do tematu spokojnie, mimo, że dystans między kandydatami był spory. Wyjście Patryka z partii było jego decyzją. Solidarna Polska nie jest hegemonem lecz ważnym elementem układanki. PiS, które rozdaje karty. Patryk jest młody, zrobił dobrą kampanię, w którą włożył bardzo dużo pracy. Jego pozycja nie ulega erozji. Wręcz przeciwnie. Oczywiście celowałem w drugą turę w stolicy…

- Miał pan prawo tak przypuszczać, biorąc pod uwagę świetną koniunkturę gospodarczą, spadające bezrobocie, wielomilionowe pakiety socjalne realizowane z budżetu i słabość opozycji…

- Ja mówię o bardzo dobrych reakcjach ludzi, z którymi się spotykałem. Jednak nasz kraj jest bardzo zróżnicowany. Widać to na mapie wyborczych wyników. Warszawa przecież nie składa się tylko z apartamentów, z mieszkańców Wilanowa, z sytych i zamożnych. Poświęciłem dwa poranki w Warszawie na Bemowie i w centrum, rozdając ulotki. Wiedziałem, że Patrykowi Jakiemu będzie ciężko, ale żeby aż tak, to nie. Miałem nadzieję na drugą turę. Pewnie błędy były więc tak się nie stało, co kładzie się cieniem na ogólnym powyborczym wrażeniu.

- Rozdawał pan ulotki w Warszawie a swoim dzieciom w wyborach też pan pomagał?

- Idą swoją drogą, którą im pomogliśmy odszukać i sobie radzą, choć i pomoc bywa potrzebna (syn posła Cymańskiego został radnym w Malborku, a córka kandydowała z powodzeniem do sejmiku – dop. red.).

- Dużych miast nie zdobyliście, ale kilka sejmików owszem…

- Co najważniejsze, w wyborach Zjednoczona Prawica odnotowała progres. Program PO, i to tym razem w koalicji, to było minimalizowanie strat. My może zbyt rozbuchaliśmy oczekiwania. Nie wiem. Ale to nie jest kwestia retoryki, a pragmatyki. My musimy myśleć o koalicjach i montować trudne koalicje. Dzięki wyborcom być może sami będziemy mieli większość w czterech lub pięciu województwach. Zwracam tym uwagę na pewną korelację. Nie podział, ale zależność. Elita ekonomiczna inaczej głosuje niż ci, którzy mimo ciężkiej pracy nie mają się tak dobrze. Przez lata byli na marginesie zainteresowania polityków…

- Ale przecież wykluczonych przez III RP zagospodarował już ojciec Tadeusz Rydzyk…

- I chwała mu za to. Dzięki Bogu, i do przodu!

- Jest dobry prognostyk?

- Owszem. Jest więc szansa dla prawicy. My się zastanowić powinniśmy co będzie za rok.

- Czy wasz wynik to punkt dojścia, czy punkt odbicia się w górę?

- To punkt refleksji na czym opieramy pewność, że będziemy mieli większość konstytucyjną, a minimum 45 procent. Manewry lewicy z Leszkiem Milerem, podział głosów z Adrianem Zandbergiem z 2015 roku już się nie powtórzą. Tamten ich podział sprawił, że nie ma lewicy w Sejmie, co nam dało większość. Adresujemy naszą politykę do ludzi słabszych, spotykamy ich częściej na prowincji niż w zamożniejszych miastach. Mamy szansę w 2019 roku na sukces, ale niepewną. Musimy postawić pytanie o koalicjanta. To nie jest przejaw dekadencji i pasywnego podejścia, ale roztropności.

- PiS nie zamierza strzelać z „Aurory”, więc szukając koalicjanta musi się posunąć w swym dogmatyzmie?

- Mamy pewne problemy w poszerzeniu elektoratu. Tutaj musimy się nieco posunąć, by zrobić miejsce, by było możliwe znalezienie koalicjanta.

- Sukces Kacpra Płażyńskiego, którym jest wejście do drugiej tury w Gdańsku był możliwy dzięki otwarciu się szerszemu na inne grupy niż tradycyjny elektorat, co przysporzyło kilku procent głosów…

- A właśnie. Czy czasem nie było tak, że ów sukces nastąpił, bo Kacper Płażyński jest mało „pisowski”, jak go chciałaby pomalować konkurencja, może dlatego, że jest sympatyczny, że nie jest agresywny. Oprócz twardego elektoratu za nim głosowało kilka tysięcy dodatkowych wyborców i mamy Kacpra z Adamowiczem, nie młodego Wałęsę.

- I też pojawia się problem zdolności koalicyjnej waszego obozu…

- A ta, nie ma co ukrywać, jest bardzo utrudniona ponieważ kampania była ostra.

- PSL jest oburzone zapowiedzią wyeliminowania ze sceny politycznej, która padła z ust rzeczniczki PiS…

- Ach! Deklaracje i wypowiedzi były wyostrzone…Sprawa jest otwarta. Czas pokaże, jak się to skończy.

- Mówimy o Podlasiu, Lubelszczyźnie, Małopolsce, Podkarpaciu, ale nie o Pomorzu. 18 mandatów dla PO w Sejmiku, listy waszego obozu były takie sobie, a jednak uzyskaliście więcej mandatów choć do większości to jeszcze pięciu brakuje….

- Na Pomorzy sytuacja jest dla nas trudna, nie zaprzeczam faktom. Jest też niedosyt. Jako SP mieliśmy jedną osobę na listach. A cała formacja ma już pozycję mocniejszą, chociaż nie taką o jakiej marzymy. Natomiast wynik w Gdańsku Kacpra Płażyńskiego jest pokrzepieniem. Jego wygrana z Jarosławem Wałęsa jest sukcesem, jego osobistym, a też i naszym. Jest on bardzo aktywny. Dzień po pierwszej turze już kontynuował od rana w poniedziałek spotkania przy Dworu Głównym, przy kawie. Wyniki w Gdańsku pozostaje sprawą otwartą.

- Kampania nie była zbyt aksamitna, zbyt łagodna i wygodna dla urzędujących, np. w Gdyni i w Gdańsku, włodarzy?

- O nie. Miałem okazję dobrze znać ojca Kacpra. Maciej nie był człowiekiem konfliktu, ale  zażegnywania sporów. Młody człowiek niesie te genetyczne cechy i cnoty Macieja, który nie był agresywny, był człowiekiem skłonnym do porozumienia. Tym tropem idzie Kacper, wskazuje na wolę porozumienia, na pracę dla Gdańska. To raczej młody Wałęsa mógłby brać wzory po ojcu z czasów buntu, a był wycofany i schowany.

- Czy mamy do czynienia ze swoistą walką klasową, skoro Zjednoczona Prawica nie odbiła póki co dużych miast, zaś na tzw. prowincji jej wyniki są znacząco lepsze?

- To nie problem klasowy. Powiedzmy wyraźnie, nastąpiła zasadnicza zmiana polityczna. Nie tyle polegająca na zamianie partii, ale na tym, że wysiłki rządu są nastawione na zmniejszanie kontrastów, na wyrównania różnic, to polityka prosocjalna. Przywracamy podręcznikowe funkcje redystrybucyjne państwa. Nie tylko w podatkach i nie chodzi tylko o 500 plus. Owszem, ten program jest dobrze przyjmowany tam, gdzie są trudności społeczne, gdzie jest sfera ubóstwa przez nas zmniejszana.

- Ma pan piątkę dzieci i nie brał pan 500 złotych plus na każde z nich więc może raczej powinna wzrosnąć kwota wolna od podatków, więcej żłobków, przedszkoli a mniej mechanicznego przelewania pieniędzy z budżetu bez gwarancji, że w przyszłości obdarowani będą pracować w Kraju, na nasze emerytury?

- Były i są ulgi podatkowe i co. Wiele osób, które ciężko tyrały, harowały jak woły i nie miało z czego odliczyć ulgi. Ja jestem od lat posłem i miałem z czego odliczyć. Teraz, ci harujący dostają na dzieci dodatkowe pieniądze. Jest lansowany przez skrajnych liberałów pogląd, że wsparcie państwa dezaktywizuje rodziców, wypycha ich z pracy, ale przecież normalni rodzice pracują. I to jak najwięcej, by jak najlepiej było w domu. Za dodatkowe 500 złotych, odłożonych na wakacje, w końcu pojechali z dziećmi na wakacje nad morze, w góry. To jest wzruszające. To jest właśnie funkcja redystrybucyjna. Pomoc i wsparcie jest w wielu krajach. Ściągamy podatki i adresujemy je do grup które mają ciężko. I nie mówię o menelach. I co? Czy to jest koniec świata? Z drogi zderzenia państwa socjalnego z neoliberalizmem nie zamierzamy zejść. Nie odwracamy się plecami od rodzin. Zmieniamy strumienie przepływu pieniędzy.

Rozmawiał Artur S. Górski

 

Download PDF
Powrót Drukuj stronę