Wspomnienie – Pani Minister Anna Radziwiłł

23 stycznia, w wieku siedemdziesięciu lat, zmarła dr Anna Radziwiłł. Była dwukrotnie wiceministrem oraz doradcą ministra edukacji, senatorem wybranym w historycznych już wyborach z 1989 roku. Wcześniej była nauczycielem, dyrektorem szkoły, autorką kilku podręczników do nauki historii.

Jako osoba związana z NSZZ „Solidarność”, w 1981 roku uczestniczyła w trudnych negocjacjach ze stroną rządową, mających na celu wprowadzenie zmian w polskim systemie edukacyjnym. Tą niezwykle ważną działalność przerwał stan wojenny. Do projektów zmiany oblicza polskiej szkoły wróciła szczególnie aktywnie od 1989 roku, między innymi uczestnicząc w pracach podstolika edukacyjnego w ramach rozmów Okrągłego Stołu.

 

Piszę to wspomnienie, bo miałem okazję współpracować praktycznie na codzień w latach 1997 – 2001, gdy w Ministerstwie Edukacji Narodowej tworzyliśmy projekty, czuwaliśmy nad procesem wdrażania reformy edukacyjnej. Pamiętam ją z tamtego czasu, ale i z późniejszych kontaktów, bo po ludzku się polubiliśmy, jako osobę mądrą, sumienną, umiejącą słuchać innych, powściągliwą w ocenach.

 

Była człowiekiem „Solidarności”, w szerszym znaczeniu tego pojęcia. Nie tylko wtedy, gdy negocjowała, gdy przygotowywała projekty zmian w edukacji, ale też jako człowiek, dla którego tak ważna jest wrażliwość na potrzeby innych ludzi, mądre i wolne od przemilczeń, półprawd nauczanie młodych pokoleń, czy samo odpowiedzialne życie w wolności i demokracji.

 

Na pewno dla wielu dodatkową ciekawość wzbudzał fakt arystokratycznego pochodzenia Anny Radziwiłł. Wręcz szokująca była skromność, zdolność do empatii. Była osobą szukającą pozytywów, nadziei, nawet w trudnych sytuacjach i ludziach, których poglądy i decyzje wydawały się być bardzo skrajne. Swoją wiedzą, doświadczeniem zdobyła niekłamany szacunek także u parlamentarzystów opozycyjnych, dlatego też jej łatwiej było przekonać ich do swoich racji, szukać rozwiązań kompromisowych. Zarazem zwracała nam uwagę, aby minister nie tonął w szczegółach, nie zastępował w tym urzędników, a także, aby tak zwane personalia nie przysłaniały podstawowych celów i problemów. Można powiedzieć, że była arystokratą ducha, apelującą o długomyślenie w sprawach edukacyjnych, sprawach przemian w Rzeczpospolitej.

 

Był taki moment w 2004 roku, gdy minister Mirosław Sawicki chciał powtórnie powołać Annę Radziwiłł na stanowisko wiceministra edukacji. Przepychanki trwały kilka miesięcy. W moim przekonaniu, brak akceptacji środowiska SLD dla kandydatury Pani Minister nie wynikał tylko z faktu, że w 1990 roku, wraz z ówczesnym ministrem – prof. Henrykiem Samsonowiczem (przy akceptacji premiera Tadeusza Mazowieckiego), podjęli decyzję o przywróceniu religii do szkół. Minister Radziwiłł była utożsamiana z „Solidarnością” i ze zmianami w oświacie, a to nie było w smak wielu osobom związanym z SLD. Przykładem tej sytuacji mógł być pośpiech, w jakim w 2002 roku minister Krystyna Rybacka i wiceminister Aleksander Paszyński wycofywali przygotowane przez nas zmiany w szkolnictwie ponadgimnazjalnym, kiedy to nastąpiło obniżenie wymogów maturalnych, odejście od obowiązku zdawania matematyki na maturze, itd. Byliśmy przeciwni tak dalekiemu zahamowaniu reformy. Zresztą ich negatywne skutki obserwujemy do dziś (np. agonia liceów profilowanych w zmienionym wtedy kształcie).

 

Źródłem naszego podziwu był też spokój ducha, jaki w relacjach ze swoim Stwórcą, zachowywała Pani Minister. Jej religijność, nigdy nie afiszowana, miała bardzo ludzki wymiar. Przywrócenie religii do szkół, było wygodną etykietką dla grupy krytyków, bo tak naprawdę wizja szkoły Minister Radziwiłł wiązała się z tolerancją, z prawem każdego ucznia, nauczyciela, do zachowania własnych przekonań i wyznawanych wartości, z zapewnieniem przez szkoły wyboru alternatywnego przedmiotu „etyka”. W tej perspektywie szkoła miała uczyć i delikatnie wychowywać, a nie indoktrynować w jakąkolwiek stronę. Jeżeli już, to problemem nie było samo wprowadzenie religii do szkół, ale różna jakość nauczania tego niezwyczajnego przedmiotu.

 

Pani Minister, bo tak ją nazywaliśmy, byłą osobą samotną. Nie oznacza to jednak, że osamotnioną. Towarzyszył jej bowiem szacunek, uznanie i taka zwyczajna sympatia ze strony współpracowników, jej byłych uczniów. Przywołując słowa Juliusza Słowackiego, można powiedzieć, że jej pozostawionym dziedzicem jest wielki wkład w dokonujące się na naszych oczach przemiany w polskiej edukacji. Szczególnym dzieckiem jest ustawa o systemie oświaty, uchwalona w 1990 roku. Stała się ona swoistą konstytucją oświatową. Odzwierciedlała poglądy, programy środowisk solidarnościowych, takich jak zwiększenie roli rodziców w życiu szkół, upodmiotowienie nauczycieli, dyrektorów, wprowadzenie większej swobody w tworzeniu autorskich programów nauczania, czyli gwarancja, że historyk będzie mógł mówić prawdę o Katyniu, o Powstaniu Warszawskim, o wydarzeniach z 1956 roku w Poznaniu, 1970 roku na Wybrzeżu. Niezwykła pozostaje jasność zapisów, sama struktura dokumentu, która odzwierciedla klarowność języka, jakim wypowiadała się Pani Minister.

 

W tej ustawie, ale też w całym myśleniu o edukacji, tak ważny był człowiek, Szkoła to nie mury, o jej wielkości, duszy, stanowią ludzie, uczniowie i nauczyciele, ich osobowości, swoista tajemnica ich spotkań. Ów podmiotowy, pronauczycielski punkt widzenia, był widoczny na każdym kroku. Pani Minister wierzyła, że nawet przy pewnych błędach ministerialnych, kuratoryjnych, samorządowych, przy niedofinansowaniu szkół i płac, nauczyciele potrafią to skorygować w kontakcie z wianuszkiem dzieci, młodzieży, która ich otacza. 

 

Właśnie o tych bardzo ludzkich wskazaniach warto pamiętać szczególnie nam, ludziom w różny sposób związanym z edukacją. I jeszcze o niezwykłej maksymie: „Pro publico bono” („dla dobra publicznego”), która była chyba główną busolą tak twórczego życia Pani Minister. 

 

Wojciech Książek
(Przewodniczący „Solidarności’’ oświatowej Regionu Gdańskiego,
wiceminister edukacji w latach 1997 – 2001)

 

Download PDF
Powrót Drukuj stronę