Wspomnienie – Minister Irena Dzierzgowska

Pomimo zmagań minister Ireny Dzierzgowskiej od co najmniej kilkunastu miesięcy z ciężką chorobą, to jednak wiadomość o śmierci jest dużym zaskoczeniem. Zaskoczeniem tym większym, gdyż nieuchronnie łączy się ze zmarłą niecały miesiąc temu minister Anną Radziwiłł. To nie są dobre informacje dla polskiej edukacji.

Irena Dzierzgowska, chemik z wykształcenia, urodzona w Szczecinie przed 61 laty, całe swoje dorosłe życie związała z Warszawą. Była nauczycielem, w latach osiemdziesiątych aktywnie wspierała, jako osoba związana z „Solidarnością” oświatową, różne działania na rzecz uspołecznienia polskich szkół. Już po 1989 roku była wicekuratorem, wiceministrem edukacji w rządzie Jerzego Buzka, późniejszym redaktorem naczelnym „Dyrektora Szkoły”.

 

Irenę Dzierzgowską poznałem osobiście bodajże 18 listopada 1997 roku, kiedy to przyjechałem do Warszawy, aby podjąć, jak się potem okazało, największe wyzwanie mego zawodowego życia. Zostałem osobą odpowiedzialna za przygotowanie szczegółowych rozwiązań w związku z reformą edukacyjną. Tamtego dnia, pod nieobecność ministra Mirosława Handke, poszedłem z jego pierwszą zastępczynią do premiera Jerzego Buzka pod odbiór nominacji ministerialnej. Wieczorem w mieszkaniu państwa Dzierzgowskich (niedaleko MEN, też na alei Szucha), spotkaliśmy się na kolacji. I się zaczęło.

 

O tamtym czasie naszej współpracy w opublikowanej w 2004 roku książce: „Rzecz o reformie edukacji, czyli w to Polska właśnie”, pisałem: „W MEN-ie na bieżąco współpracowałem z wiceminister Ireną Dzierzgowską, która będąc pierwszym zastępcą w randze sekretarza stanu, zajmowała się głównie ogromnie absorbującym blokiem spraw bieżących oraz związanych z przygotowaniem nauczycieli do realizacji zadań wynikających  z reformy edukacyjnej. Znała się na tym, gdyż przez pewien czas była wicekuratorem oświaty w Warszawie, napisała także kilka książek o znaczeniu jakości w edukacji, sposobach doskonalenia mistrzostwa zawodowego przez nauczycieli. Fakt, że jako jedyna z kolegium ministerialnego mieszkała na stałe w Warszawie, sprawiał, że miała dużo więcej wizyt. Jak ważną rolę odgrywała, ile kobiecego spokoju wnosiła w nasze czasami dosyć burzliwe obrady, mogłem się przekonać tym bardziej w chwili, gdy na skutek decyzji Unii Wolności musiała odejść z MEN jesienią 2000 roku. Ile nagle nałożyło się na mnie różnych spraw, telefonów z kuratoriów, wyjść do Sejmu. W jej gabinecie często do nocy trwała potężna praca, do której włączała  domowych informatyków. No a potem jeszcze pędzili na jakiś seans filmowy, jak na prawdziwych kinomanów przystało”.

 

Owi domowi informatycy, to mąż – Sergiusz związany z Politechniką Warszawską oraz dzieci – Anna i Jan. Bardzo ich kochała. Już podczas tej pierwszej kolacji mogłem zobaczyć, jak ciepłym, serdecznym rodzicem jest Irena Dzierzgowska. Jaka w ich mieszkaniu panuje atmosfera sprzyjająca rozmowie, rozładowywaniu napięć. Skupiała tę rodzinę także wspólna pasja – kino. Jako że sam jestem fanem dobrego filmu, w późniejszych miesiącach i latach niejednokrotnie wymienialiśmy się uwagami, polecaliśmy sobie taki a nie inny obraz.

 

Kładę akcent na ten prywatny wymiar kontaktu z Ireną Dzierzgowską, bo to był jej niewymuszony sposób budowania relacji z wieloma ludźmi. Zajmując się doskonaleniem mistrzostwa zawodowego nauczycieli, jej metoda przekazu polegała z jednej strony na wykorzystaniu różnych technik informatycznych, ale przede wszystkim na dążeniu do otwarcia się uczestników szkoleń, na pozyskaniu ich zaufania. Wierzyła, że te podmiotowe relacje, niewymuszony autorytet prowadzącego, są podstawą do zrozumienia przekazywanych treści, idei. Dają też gwarancje, że nauczyciel po takim spotkaniu przeniesie to na swoje relacje w szkole – wobec uczniów i współpracowników. Ten szacunek dla osobowości człowieka, jej integralności, był wyraźny także w sposobie redagowania miesięcznika „Dyrektor Szkoły”. Czasopisma stojącego na bardzo wysokim poziomie edytorskim, ale też starającym się przekazać informacje, metody, które rzeczywiście mogą być przydatne w codziennej pracy dyrektora, czy nauczyciela. 

 

Tak się szczęśliwie złożyło, że kierowani przez ministrów Mirosława Handke, a potem Edmunda Wittbrodta, osoby prawe, ceniące rzeczywistą pracę, mogliśmy koncentrować się na potężnym wyzwaniu, jakie sobie postawiliśmy, czyli przygotowaniu i wdrożeniu reformy edukacyjnej. Nie ma co ukrywać, że jako dramat odbieraliśmy narastający konflikt w koalicji AWS-UW. W Ministerstwie Edukacji nie było tych jakże polskich walk podjazdowych, intryganctwa, frakcyjności. Były różnice zdań, czasami nawet iskrzyło, jak przy sprawach związanych z nowym systemem doskonalenia zawodowego nauczycieli, ale staraliśmy się to rozwiązywać wspólnie, przy kolegialnym stole. Tyle zależy od formatu liderów.

 

Warte podkreślenia są dwa dodatkowe kierunkowskazy, którymi kierowała się Irena Dzierzgowska. Pierwszym z nich było zdecydowane przeświadczenie, że dobra edukacja, mądrze zaprogramowany system edukacyjny, jest chyba największą polska szansą na pełną, podmiotową obecność w Europie. Wierzyła w uczniów, młodą inteligencję, bardzo ciepło odnosiła się też do nauczycieli. Miała przy tym wsparcie tak niełatwych partnerów, jakimi są zazwyczaj ministrowie finansów, czyli wówczas – wicepremiera Leszka Balcerowicza. Stąd dla ciągłości reformy edukacyjnej tak trudne okazało się wyjście z koalicji Unii Wolności (Irena Dzierzgowska opuściła resort kilka miesięcy później – pod koniec 2000 roku).

 

Drugi z kolei niezwykle charakterystyczny kierunkowskaz Ireny Dzierzgowskiej to przekonanie, że edukacja powinna być wyjęta spod politycznych sporów, że nie powinna się odbijać, praktycznie co kadencja parlamentarna, od przysłowiowej ściany do ściany. Szukała porozumienia, mostów, widzenia spraw bieżących w dłuższej perspektywie, owego długomyślenia w sprawach edukacji, w sposób bardzo podobny do minister Anny Radziwiłł. Swoim spokojnym głosem, czasami uśmiechem lub szczyptą ironii, starała się łagodzić, szukać kompromisu. Była osobą z klasą, czującą, jak ważne są słowa-przypomnienie Z. Herberta, że „to sprawa smaku”.

 

Być może w takiej jej postawie była mądrość i doświadczenie ludzi Warszawy. Tych pamiętających o historii, tragedii Powstania Warszawskiego, nie tylko tonących w obecnych sfarach i grach. Jakimś niezwykłym zbiegiem okoliczności był fakt, że 1 sierpnia, bodajże 1998 roku, spotkaliśmy się na Powązkach. Okazało się, że przyjechała tam, jak co roku, z najbliższymi, aby być wśród tych, którzy byli przed nimi. Że tak musi być, że to jest imperatyw ludzi Warszawy.

 

Tylko w oparciu o wartości, o ludzi, którzy mają poczucie ciągłości pokoleń, integralności kształcenia i wychowania młodych ludzi, można tworzyć rzeczy autentycznie ważne. Takie była dla Ireny Dzierzgowskiej, dla Anny Radziwiłł, dla wielu z nas, zmiany, jakie staraliśmy się wdrożyć na przełomie XX i XXI wieku. Wracam do nich w tym wspomnieniu, bo były one osią naszych działań przed początkiem reformy w 1999 roku, w jej trakcie i dalej, do chwili obecnej. Bo przecież zmiany w oświacie, to nie jest sprawa roku-dwóch. To proces, który Irena Dzierzgowska starała się monitorować przez cały czas (m. in. w założonym przez siebie internetowym „Monitorze Edukacji”). Także wspólnie, gdy po 2001 roku wydaliśmy 11 oświadczeń i stanowisk, które podpisywała wraz z ministrami M. Handke, E. Wittbrodtem i mną.

 

Na początku grudnia 2008 roku, gdy dowiedziałem się o kolejnej fali choroby obu Pań, napisałem wspólny list. Pisałem w nim między innymi: „Podczas konferencji w Gdańsku, pani dyrektor Ligia Krajewska z MEN powiedziała mi, że w ostatnich miesiącach przeżywałyście Panie różne problemy zdrowotne. Dlatego piszę łącznie, bo obie Panie wysoko cenię, a i po ludzku polubiłem z czasu, gdy pracowaliśmy wspólnie. Życzę więc… no właśnie, czego, by nie popadać w banał… Chyba przede wszystkim poczucia, że wiele zrobiłyście Panie dla polskiej szkoły, a może szerzej – dla przywracania Rzeczpospolitej Polakom, dla wzmacniania społeczeństwa obywatelskiego. Jestem przekonany, że wolny, prawy obywatel to podstawa mądrego społeczeństwa, o co tak apelował C. K. Norwid. (…) Bardzo spodobały mi się słowa, jakie w jednym z ostatnich swoich wywiadów powiedziała Irena Sendlerowa, że dla niej niezwykle ważne było to, aby kierować się w życiu: Miłością – Tolerancją – Pokorą. Tego TYŻ – mówiąc Gombrowiczem – życzę”.

 

Tego też zapewne życzyłaby nam minister Irena Dzierzgowska.

 

Wojciech Książek
(Przewodniczący „Solidarności’’ oświatowej Regionu Gdańskiego,
wiceminister edukacji w latach 1997 – 2001)

Download PDF
Powrót Drukuj stronę